niedziela, 17 sierpnia 2014

"Złośliwa trzynastka" - Janet Evanovich

Mówiłam już że jestem wielką fanką przygód Stephanie Plum? Mówiłam, to więcej niż pewne. Każdy znajomy wie, że seria o Śliweczce to moja ulubiona seria. Większość z nich też zaczęła czytać książki Janet Evanovich, widząc jak co chwila parskam śmiechem do książki.
Dużo znajomych powtarza mi też, że mam coś wspólnego ze Stephanie. Zawsze mówiłam
a weź nie żartuj”, jednak coraz częściej to słyszałam więc zaczęłam się nad tym zastanawiać. I doszłam do wniosków, że to prawda. 

Zarówno Stephanie i ja, to dwie chodzące kupki nieszczęścia, do których przyczepiają się niewiarygodne przygody, które są tak śmieszne ,że ciężko uwierzyć iż, zdarzyły się naprawdę. Oczywiście, mnie nikt nie ostrzelał, nie spaliłam domu pogrzebowego i moje samochody nie padają jak muchy. Jednak moje przygody są również dziwne i śmieszne jak głównej bohaterki. 

Też mam postrzeloną babcię, dziękuję Bogu że nie nosi broni jak Mazurowa :) Moja rodzicielka zachowuje się jak Pani Plum, zawsze obiadek na wyznaczoną godzinę, wszystko wedle ustaleń i też ciężko jej przetrawić zarówno moje jak i babci historie. Tata, to człowiek spokojny, który ma w domu same baby i jakoś nauczył się już z nimi żyć, jednak i jego cierpliwość wiele razy wystawiana była na próbę i też często zastanawia się, jak można pomóc babci dołączyć do dziadka ( oczywiście, tylko w tonie żartobliwym lub kiedy go naprawdę zdenerwuje :P ). Tylko, że ja nie pracuję jako łowczyni nagród i nie ugania się za mną dwóch pociągających, mega seksowych facetów.

Janet Evanovich
„Złośliwa trzynastka” jak sam tytuł wskazuje to już 13 tom o przygodach niezdarnej łowczyni nagród. Tym razem, chcąc pomóc Komandosowi, Stephanie staje się podejrzaną o zabójstwo swojego byłego męża. O ile można nazwać tak osobę, z którą więzy małżeńskie trwały 15 minut :) Dickie to szanowany prawnik, jednak założył spółkę z podejrzanymi typami, którzy znikają w niespodziewany sposób. We wszystkie zniknięcia, również udaje się wplątać naszą Śliweczkę, która jak wiadomo nie potrafi się trzymać od kłopotów z daleka. Ona jest jak magnes przyciągający problemy i kłopoty. W krok za nią chodzi Joyce, która jest obecną partnerką Dickiego i za pomocą Śliweczki chce go odnaleźć. Oczywiście nie możemy zapomnieć o dwóch ciachach, którzy dzielą się opieką nad naszą główną bohaterką.

Morelli, który w tym tomie zamieszkał w mieszkaniu Stephanie, co dla mnie jest miodem na serce, bo kibicuje tej parze od samego początku. Jest to dla mnie deklaracja ich poważnego związku ( o ile można ich nazwać poważnymi osobami :P ). Dla mnie oni są dla siebie stworzeni, uzupełniają się wzajemnie, wiedzą czego mogą po sobie się spodziewać. Stephanie wie, kiedy Josephem wstrząsa furia, gdy jest na nią zły i stara zazwyczaj się jej uniknąć, udając zanikające połączenie lub zwracając uwagę na coś innego. Po prostu się uzupełniają. Natomiast Komandos, cóż mogę powiedzieć. Nadal tajemniczy, nadal chce ale nie chce, takie ciepłe kluchy dla mnie.

Muszę przyznać że w tej części lałam ze śmiechu kiedy na kartki wkraczała Lula ze swoim romansem z Czołgiem. Po prostu, ta olbrzymia kobieta się zakochała i jest jeszcze bardziej szalona niż była. Jej zachowanie w szpitalu, kiedy to krzyczała na Komandosa, no łzy leciały mi ciurkiem. Lula i Czołg – zawsze poprawiają mi dzień :) Nie mogę też pominąć nowego romansu Babci Mazurowej. Scena kiedy przymierzała bieliznę i zastanawiała się nad zakupem stringów, no aż bolał mnie brzuch :)

„Złośliwa trzynastka” autorstwa Janet Evanovich, choć to 13 tom serii, nadal jest prześmieszna i rozwala na łopatki. Kawał dobrego humoru, nadal świetnie napisana, i nadal nie można doczekać się kolejnych części. 


Serię można zakupić w księgarniach stacjonarnych matras i na matras.pl

 

środa, 6 sierpnia 2014

John Green - "Gwiazd naszych wina"


Mania na Grena trwa nadal. Jego książki sprzedają się w milionowym nakładzie, na videobloga wchodzi coraz więcej osób a książki są wychwalane na wszystkie możliwe sposoby. Czytają je wszyscy, od młodzieży w podstawówce poczynając na dojrzałych kobietach kończąc. Wtrącę tu też małą anegdotkę z pracy. Przychodzi zadbana, piękna starsza kobieta na oko widać, że w wieku 45 lat, podchodzi do mnie i pyta „ ma Pani, Gwiazd naszych wina?”, potwierdzam i prowadzę do książki. Pani popatrzyła na mnie i pyta się „ fajna? Zobaczyłam, że mój osiemnastoletni syn się zaczytuje w jego książkach a wstyd mi go poprosić żeby mi pożyczył, więc kupię egzemplarze dla siebie”. To mi wystarczyło. Wypowiedź tej Pani, sprawiła, iż dłużej nie potrafiłam udawać oporu przed przeczytaniem książek tego Pana. Kolejne pytane zadane sobie samej było trudniejsze : „ od której zacząć?”

Ostatecznie zdecydowałam się na „Gwiazd naszych wina”, bo miałam też w planach wybrać się na to do kina. Do kina nie dotarłam, za to książkę przeczytałam.
Po przeczytaniu tysiąca recenzji na temat książki i drugie tyle na temat filmu, przygotowałam się psychicznie na to, co będzie mnie czkać podczas lektury. Zakupiłam wielopak chusteczek higienicznych, słoik nutelli i zasiadłam do lektury.

Hazel to nastolatka cierpiąca na nowotwór płuc. Jest on już tak zaawansowany, że wszędzie musi chodzić z butlą tlenu, pieszczotliwie zwaną przez nią Philipem. Uczy się w domu, nie ma przyjaciół, co niepokoi jej mamę, dlatego też raz w tygodniu zawozi córkę na kościelne spotkania młodzieży, które cierpią lub zwalczyły nowotwór. Takie kółko wspierające. Jednak Hazel robi to tylko i wyłącznie dla swojej mamy, bo dla niej perspektywa kolejnego spotkania wspierającego jest męcząca i sprawia, że ma mdłości. Nie lubi tego, wie, co ją czeka, wie, z jaką chorobą się zmierza i nikt nie musi, co chwilę jej przypominać, z czym walczy. Na jednym z takich spotkań, poznaje Augustusa. Chłopaka, który był sportowcem, a pół roku wcześniej wygrał walkę z nowotworem kości. Oczywiście, choroba nie ustąpiła tak sama z siebie, chłopak przeszedł amputację nogi by zaradzić dalszemu rozprzestrzenianiu się nowotworu. Od pierwszej chwili, zwraca on uwagę Hazel, jego seksowny głos wybudza ją z marazmu, w jaki zapada podczas spotkań. Ona też nie jest mu obojętna. Zaczynają się spotykać. Poznają się, dowiadują się o sobie coraz więcej, jednak Hazel z góry zaznacza mu, żeby się w niej nie zakochał. Częste spotkania sprawiają, że Hazel i August są sobie coraz bliżsi. Okazuje się też, że wspólnie zakochali się w powieści holenderskiego autora, jednak książka kończy się w dziwnym momencie i młodzi bohaterowie chcą dowiedzieć się jak potoczą się losy książkowych bohaterów dalej. Nawiązują mailowy kontakt z autorem, który zaprasza ich do Holandii na spotkanie. Spotkanie okazuje się jednak jednym wielkim niepowodzeniem, jednak nie załamuje to młodej pary, bo tam też August wyznaje Hazel swoją miłość. Pomimo, iż Gus obiecał Hazel, że się w niej nie zakocha nie potrafił dotrzymać danego jej słowa. Hazel też nie jest obojętna na jego uczucia. Jak książka się kończy, nie powiem, trzeba przeczytać i samemu zobaczyć.

Książka jest napisana naprawdę bardzo dobrze, mądrze. Ukazuje nam miłość z całkiem innej strony. Większość książek dla młodzieży pokazuje zwykłą pierwszą miłość, pełną wzlotów i upadków, ale miłość w książce Greena, jest inna. Jest ponadczasowa, prawdziwa i inna niż wszystkie, które miałam przyjemność czytać. Zarówno Hazel jak i August wiedzą, że w ich życiu każdej chwili może zajść zmiana, że nowotwór może zakończyć ich życie z dnia na dzień. Zdają sobie z tego sprawę, aż za dobrze. Dlatego też, Hazel na pierwszym spotkaniu prosi Gusa by się w niej nie zakochał. Dziewczyna, boi się, że kiedy to nastąpi, któreś z nich będzie cierpieć. Bo przecież oni nie są zwykłymi nastolatkami, którzy żyją z dnia na dzień beztrosko, dla nich każdy dzień to walka o kolejny. Nastolatkowie wiedzą, że ich zdrowie może stanąć na przeszkodzie ich miłości, szczęścia. Pomimo wieku, w jakim są główni bohaterowie, ich miłość jest szczera i dojrzała. Ta miłość jest po postu piękna, a ten cytat oddaje całe piękno tej książki „ … był wielką, przeklętą przez gwiazdy miłością mojego życia”.

- Okay?
- okay.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Sasha Grey - "Klub Julietty"

Sasha Grey, kto o niej nie słyszał? Ta druga płeć zapewne nie raz nawet oglądała. Dla wielu Panów jest ona ideałem piękna, inni Panowie chcą mieć wybrankę na jej podobiznę, co kto lubi – nie wnikam. Widzieć, nie widziałam żadnego jej arcydzieła, śledzić jej kariery też nie śledziłam. Kiedyś mignął mi przed oczami artykuł, że Sasha zakończyła karierę porno gwiazdy, potem sieć zalewała fala zdjęć i artykułów, że aktorka ( czy można ją tak nazwać?) postanowiła poświęcić się działalności charytatywnej i czyta w przedszkolach dzieciom bajki.

Po raz kolejny, co kto lubi – nie mi oceniać. Ale jak zobaczyłam w zapowiedziach jej książkę, to moja pierwsza myśl brzmiała „ no w dupie jej się poprzewracało”. Szybko też podzieliłam się swoim odkryciem ze Swoim Starym oraz naszym znajomych, który od miesiąca jest naszym współlokatorem. Stary zaczął się niemiłosiernie śmiać, po czym skwitował to krótkim, ale dobitnym „ w dupie to mam”, natomiast Mały ( znajomy) wykazał wręcz zainteresowanie, wiadomo, fan Sashy się znalazł ;) Po żwawej i długiej dyskusji na temat życiorysu wyżej wymienionej Pani, która trwała do 3 rano podjęliśmy szybką decyzję: „nie ma co gdybać, książkę trzeba zakupić i przeczytać”, by potem mieć pojęcie co w książce jest, by podjąć kolejną dyskusję. Wspólnie stwierdziliśmy też, kto, jak kto, ale ona wie, o czym pisze i może na tle tych wszystkich wychodzących na rynek wydawniczy erotyków, okaże się być prawdziwą perełką. Książkę wsadziliśmy do koszyka, opłaciliśmy i dzień później była do odbioru. Rzuciliśmy się o otwarcia, bo nie zadecydowaliśmy, kto pierwszy ją przeczyta, a każdy chciał dotknąć i poczytać tył okładki. 

Okładka książki jest w pięknym miętowym kolorze, aksamitna. Można rzecz – skromna wręcz minimalistyczna. Przymknięta kobieca powieka jest tajemnicza, wręcz zachęca do zapoznania się z treścią, zaprasza do tytułowego klubu, pokazując aurę tajemniczości. Złote wypukłe napisy informujące, kto książkę napisał i biały tytuł idealnie komponują się z powieką i tworzą zjawiskową całość, że gdyby książkę można było ocenić tylko po okładce, dostałaby ode mnie najwyższą notę. Ale książek po okładce się nie ocenia, bo najważniejsza jest treść. W przypadku książki Sashy Grey pt ” Klub Julietty”, można powiedzieć, że jedyną dobrą rzeczą w książce jest tylko i wyłącznie okładka, bo treści brak. Nie żeby karki były puste, nic z tych rzeczy, po prostu treść była tragiczna. 

Główna bohaterka ( nie pamiętam jak nawet ma na imię, więc dajmy jej Asia) to młoda studentka, która na
wykładach marzy o seksie ze swoim wykładowcą. Chłopak ( dajmy mu Jasio, bo też imienia nie pamiętam) nie zaspokaja jej, jest skupiony na swojej pracy i karierze. Młoda Asia na wykładach poznaje koleżankę z roku, młodą, seksowną pewną siebie Zdzisię ( imię też dla potrzeb recenzji, bo też nie pamiętam). Dziewczyny przypadają sobie do gustu, ich głównym tematem jest zauroczenie Asi do wykładowcy, a możliwościami seksualnymi owego Pana, które przetestowała już Zdzisia. Nowa koleżanka, wprowadza też Asię w tajniki seksu oraz praktyk bdsm.. Zabiera ją do klubów dla osób wyzwolonych, gdzie orgie czy seks na oczach wszystkich jest niczym paciorek przed snem. Niczym szczególnym.
Mam problem z treścią, bo nagle rzeczywista treść miesza się ze snami głównej bohaterki albo z jej marzeniami i ciężko się połapać, czy to, co przeczytaliśmy to wymysł bohaterki jej sen czy coś, co ją spotkało. Jeśli chodzi o sam Klub Julietty, nie dowiadujemy się o nim nic, nic a nic przez całą książkę. Dziwi mnie, że przez całą książkę nie ma wzmianki czy tytułowy klub jest, o co w nim chodzi jak się do niego dostać, co trzeba spełniać. 

Ściemniać nie będę, książka jest słaba, czytamy, ale prawda jest inna – nie wiemy, o czym i co czytamy. Wszystko się ze sobą zlewa, nie ma spójności, nie ma jakiegoś punktu zaczepienia, który sprawi, że wszystko się ze sobą będzie łączyć. Sprawia to, że czytanie staje się męczarnią. Męczyło mnie to, że nie potrafiłam zrozumieć sensu tej książki, nie widziałam w niej nic ciekawego, jednak nadal brnęłam dalej z nadzieją, że znajdę, choć mały płomień, który zaspokoi moją ciekawość. Nic z tych rzeczy, do samego końca okazało się nudne i ciężkie w zrozumieniu. Nadal sądzę, że najlepszą częścią książki jest jej okładka, która, pomimo iż skrywa beznadziejną treść, jest piękna. Tak dla okładki, nie da treści.

czwartek, 31 lipca 2014

Jessica Brody " Klub Karmy"

Filozoficzne wyjaśnienie karmy różni się pomiędzy tradycjami, jednak główna idea głosi, że czyny tworzą przyszłe doświadczenia i przez to każdy jest odpowiedzialny za własne życie, cierpienie i szczęście jakie sprowadza na siebie i innych.
Jessica Brody - Klub Karmy
Nigdy nie przykładałam też wagi do tej tradycji, choć kilka lat temu sama się przekonałam że karma powraca. Ujmę to może inaczej „ karma is a bitch!”.
Gdy tylko w zapowiedziach pojawiła się wzmianka o nowej książce Jessicy Brody „ Klub karmy, wiedziałam że muszę ją przeczytać. Nie żebym fanką książek młodzieżowych była, jednak tak dużo o niej słyszałam pochlebnych recenzji, że sama zapragnęłam sięgnąć po tę książkę.

Maddison żyje sobie spokojnie, do czasu aż w popularnej gazecie nie zostaje opublikowany artykuł o jej chłopaku, który sama wysłała prawie rok temu. Od zawsze pragnęła być popularna i być zapraszana na prywatne imprezy bogatych kolegów ze szkoły, i ten artykuł jej to umożliwił. Dzięki niemu, jej chłopak stał się popularny a co za tym idzie w szkole zaczęto dostrzegać i ją. Wszystko to jest piękne, aż za piękne jak wiadomo. Na jednej z takich imprez, przyłapuje swojego chłopaka na zdradzie, z jedną z najpopularniejszych dziewczyn w szkole. Dziewczyna nie potrafi się pozbierać, tym bardziej że na następny dzień jej „ były” już chłopak, jakby nigdy nic paraduje za rękę z nową dziewczyna w zupełności nie zauważając naszej bohaterki. Dziewczyna pragnie się zemścić. Pomagają jej w tym dwie najlepsze przyjaciółki, i razem zakładają sekretny tytułowy już „ Klub Karmy”. Na czym ma polegać działalność tego klubu? Każda z dziewczyn, chce się zemścić na swoim byłych chłopaku, który ją zostawił przy okazji robiąc jej świństwo. Jak wiadomo, zranione serce cierpi, a co dopiero zranione serce nastolatki.
Dziewczyny z dokładnością przygotowują się do każdego zadania, każdy ich cel ma zostać solidnie ukarany na oczach całej szkoły. Z najpopularniejszych osób mają stać się osobami wystawionymi na pośmiewisko.

Książkę czyta się bardzo lekko, jest wciągająca i jak każda książka tej autorki, na końcu przedstawia nam jakiś morał. Lekcję, którą mamy wynieść z lektury. Podoba mi się to, bo nie często można spotkać teraz takie książki wśród młodzieży. Główna bohaterka, początkowo mnie irytowała tym swoim parciem na bycie popularną. Jednak po pewnym czasie, oczywiście po jej skrzywdzeniu zrobiło mi się jej żal, bo żadna dziewczyna nie zasługuje żeby być skrzywdzona w tak okrutny sposób.
Zachęcam Was gorąco do lektury, pomimo że nastolatką byłam już wiele lat temu, jednakże książkę czytałam z wielką przyjemnością i czas spędzony z nią uważam za całkowicie udany.

Za książkę bardzo gorąco chciałabym podziękować Pani Marcie z księgarni internetowej matras.pl. 

niedziela, 6 lipca 2014

Janet Evanovich - " Parszywa Dwunastka. Stephanie Plum"

Janet Evanovich - "Parszywa Dwunastka"
wyd. Fabryka Słów
 Nie ma chyba książki, na którą bym czekała tak niecierpliwie jak na kolejne przygody Stephanie Plum! Nie
ma! Kocham Stephanie, jej przygody, jej humor, jej faceta – no cóż, nic nie poradzę, że kocham Morellego miłością ślepą :)
Jak tylko wyszła „Parszywa Dwunastka”, poleciałam do księgarni, przygarnęłam książkę w swoje ramiona i broniłam jej jak własnego dziecka, nie oddając nikomu.

Stephanie Plum, nie trzeba nikomu przedstawiać. Znają ją wszyscy, nawet Ci co nie czytali. Fajtłapowata łowczyni nagród, która z każdym nowym zleceniem jest na celowniku jakiegoś szaleńca, a jej przygody doprowadzają do bólu brzucha ze śmiechu. A, żebym nie zapomniała, to że jej samochody wybuchają, to codzienność :) Otoczona dwoma seksownymi facetami, kochająca pączki, posiadająca szaloną rodzinkę, z którą wierzcie mi – nie wytrzymalibyście. Przebywająca zawsze w dziwnym towarzystwie. Jej przyjaciółka, była prostytutka, szef - zboczony kuzyn, krążą nawet plotki że kopuluje ze zwierzętami. Jej babcia – miłośniczka styp i otwierania trumien, matka popijająca w ukryciu bo nie potrafi wytrzymać z babką i ojciec, który naprawdę ma anielską cierpliwość, i jeszcze nie zdołał zabić własnej teściowej. To tak w wielkim skrócie o naszej Śliweczce.

Parszywa dwunastka” to kolejna część i kolejna sprawa do rozwiązania. Tym razem Stephanie jest śledzona przez kobietę, podającą się za żonę Komandosa. Dziwne, co nie? Bo przecież nic nie wiemy o Carlosie Manoso zwanym Komandosem. Mężczyzna ten strzeże swoich sekretów najlepiej jak potrafi, jedyne co do tej pory o nim się dowiedzieliśmy to że mieszka w swojej Jaskini Batmana, która jest non stop monitorowana, posiada firmę ochroniarską KomandoMen i ma naprawdę czarne interesy. Wiemy również, że pociąga naszą Śliweczką, która za wszelką ceną stara się być wierna Morellemu i panuje nad samą sobą by nie wskoczyć na Komandosa. Sprawa się komplikuje, bo z chwilą kiedy Steph zaczyna być śledzona, Komandos znika i nie ma z nim kontaktu, a wszystkie media na świecie nadają wiadomość o porwaniu przez Komandosa własnej córki.

W „Parszywej Dwunatce” jest wszystko, tajemnica, humor, akcja i miłość. Fajny w tej serii jest fakt, że można każdą z nich czytać osobno. Nie trzeba rozpoczynać od pierwszej książki by wiedzieć co się działo, bo wraz z początkiem kolejnego tomu, Stephanie dokładnie opisuje kto jest kim, kto w jej życiu zajmuje ważne miejsce i co działo się wcześniej. Serię można rozpocząć w każdej chwili, i nie ucierpicie na tym, iż nie przeczytaliście wcześniejszych części.

Teraz napiszę coś, za co chyba zostanę zlinczowana. Ale co ja poradzę, zawsze byłam wywrotowcem. Nie wiem czego, ale postać Komandosa strasznie mnie drażni. Wiem, że inne czytelniczki wprost szaleją kiedy pojawia się na kartkach książki, ale mnie ani on ziębi ani grzeje. Po prostu drażni mnie. Drażni mnie to jego zachowanie, ta jego tajemniczość, to że jak sam to określa ma chęć na Śliweczkę, ale zaraz potem stwierdza że nie chce się angażować. Jak dla mnie, nie jest on facetem moich marzeń, nie wyobrażam sobie żebym mogła iść do łóżka z facetem, który ma na mnie chęć i dowiedzieć się, że nie może mi nic więcej zaoferować bo nie chce się wiązać. Oczywiście, nie przeczę temu że na Śliweczce bardzo mu zależy i dba o jej bezpieczeństwo, jednak nie przekonuje mnie on nic a nic, że to właśnie on jest mężczyzną którego powinna wybrać. W przeciwieństwie do Joe Morellego.

Morelli – to facet z krwi i kości. Kiedy nagle na kartkach książki pojawia się jego nazwisko, jestem cała mokra a oczy mam wielkie jak pięciozłotówki. Jezu, jak ten facet na mnie działa. Nie tylko dba i troszczy się o naszą Śliweczkę, pokazuje swoją zazdrość, kłóci się z nią aż wióry lecą, potem mają dziki całonocny seks. Morelli jasno wyraził co czuje do naszej Stephanie, facet wyłożył kawę na ławę, kocha ją, chce z nią być, chce mieć z nią dzieci i się z nią zestarzeć. Chociaż jej praca, działa mu na układ nerwowy i jego owrzodzenie, to bierze ją w całości taką jaka jest. Bo przecież kiedy się kocha, to z całym ekwipunkiem, jakim jest nawet jej rodzina, którą o dziwo on lubi i potrafi z nimi wytrzymać.

Jeśli jeszcze nie czytaliście przygód Śliweczki, to gorąco zachęcam, bo to naprawdę dobrze spędzony czas. Osobiście przy każdej części, płaczę ze śmiechu a ludzie dziwnie na mnie patrzą. Wciągnęłam w serię już mamę, siostrę i dużo koleżanek, które widząc jak głośno i często się śmieję do książki, same do nich zerknęły i przepadły jak „ śliwka w kompot”.

P.S
aż byłam zdziwiona, że tym razem samochód Stephanie był w całości do samego końca. No, nie licząc draśnięcia po kuli :)


sobota, 5 lipca 2014

Anna Kucharska - "Całkiem dobra książka o miłości"


Anna Kucharska - Całkiem dobra książka o miłości
Każdy z nas, lubi czasami odstresować się przy niewymagającej lekturze, przy książce, która sprawi że przeczytamy ją w jeden wieczór i będziemy się cieszyć z mile spędzonego wieczoru. Też tak mam. Po przeczytaniu wielu krymianłów, czasami potrzebuję takiej książki na jeden wieczór. Książki lekkiej i przyjemnej. Tak w moje ręce wpadła książka Ani Kucharskiej „ Całkiem dobra książka o miłości”.

Judyta od dziesięciu lat jest z Tomaszem, po wielu próbach w końcu namówiła go na zaręczyny i ślub. Elżbieta, pomimo iż niezbyt przepada za przyszłym zięciem cieszy się szczęściem córki, która po śmierci męża stała się dla niej najważniejszą osobą. Jednak Elżbieta po wielu latach samotności poznaje Mateusza, sąsiada z naprzeciwka młodszego o dwadzieścia lat. Nie jest to przygoda na jedną noc, a prawdziwe uczucie pomiędzy dojrzałą kobietą a młodszym mężczyzną. Elżbieta jeszcze nie powiedziała o tym swojej córce. Jest też Karina, najlepsza przyjaciółka Judyty, która po wieloletnim związku zostaje zostawiona, i po jednorazowej przygodzie budząc się na kacu, w łóżku obok siebie zastaje Igora, jej najlepszego przyjaciela. Niby nic takiego, a jednak, bo Igor jest homoseksualistą. Nadal niby nic, ot stało się. A jednak, okazuje się że po tej przygodzie Karina zachodzi w ciążę, a Igor chce stworzyć rodzinę dziecku prosi Karinę o rękę. Dziewczyna wie, że to bezsensowne zachowanie, jednak z czasem zaczyna żywić do ojca swojego dziecka uczucia.

Książka opowiada o miłości. Dosłownie. Ale nie o byle jakiej miłości, o kilku obliczach miłości. O miłości dojrzałej kobiety do młodszego mężczyzny, o miłości dziewczyny do chłopaka, o miłości matki do córki. Wszystkie bohaterki książki, przeżywają miłość w inny sposób. Każda miłość jest odczuwana inaczej a jednak jest taka sama.

Od samego początku nie potrafiłam przekonać się do Judyty, boże jak ja jej postaci nie lubiłam, miałam jej dosyć. Tego jej fochania się, tego że zawsze wie lepiej, że chce zniszczyć własnej mamie poczucie szczęścia. Całym sercem chciałam żeby ją pokarało, i tak też się stało, ale nie spodziewałam się tylko, że to będzie jeden z najokrutniejszych sposobów. Po tym wszystkim, przestałam aż tak strasznie jej nie lubić. Było mi jej szkoda, choć nadal nie przepadałam za jej postacią. Ale choć troszeczkę zmieniłam zdanie o niej i zaczęłam ją tolerować.
 Karina to postać, bardzo pozytywna, pomimo problemów jakie ją spotykają, to silna kobieta bierze sprawy w swoje ręce i idzie do przodu codziennie poznając swoje możliwości. 
Najbardziej ze wszystkich kobiet polubiłam Elżbietę. To taka cudowna kobieta, która dla córki jest w stanie zrobić wszystko, ale nie chce jej zranić bo też kocha Mateusza i też chce być z nim szczęśliwa. Nie ukrywa, że jej mąż był jej pierwszą prawdziwą miłością, ale ukazuje że nie może to zakończyć jej życia. Ma prawo ułożyć sobie od nowa życie, z mężczyzną który ją uszczęśliwia i który sprawia, że znów jest szczęśliwa.

Książkę wspominam bardzo miło, i polecam każdej z Was a nawet Wam Panowie, tak tak – bo tam poznajemy też trzech różnych mężczyzn. Każdy z nich jest inny, każdy myśli inaczej, od skurczybyka po kochającego mężczyznę o którym marzy każda kobieta. Książka na wspaniały wieczór z książką, szkoda tylko że taka krótka, bo chcę więcej!


Tak więc Aniu, kiedy będą dalsze losy Kariny i Judyty? Bo Elżbieta swoją historią zaspokoiła moją ciekawość :)

piątek, 4 lipca 2014

Jo Nesbø - "Syn"


Jo Nesbo - "Syn"
Mam wrażenie, że chyba jako jedyna na kuli ziemskiej nie czytałam żadnej książki Jo Nesbo.
Nazwisko przecież, od wielu lat nie schodzi z ust w kręgach blogerskich czy książkowych. Każdy zachwala i zachwyca się książkami tego Pana, a ja nadal nie przeczytałam żadnej książki, która wyszła spod jego pióra. 
Książki widziałam, dotykałam, przyglądałam się im, i ta chęć do ich przeczytania była, jednak nie wiedziałam od której zacząć, bo to była seria. Tak więc, decyzja o przeczytaniu choć jednej jego książki z dnia na dzień była odkładana, do czasu. Do czasu, aż nie ukazała się jego najnowsza książka pt „ Syn”. Wiedziałam, że tym razem nie odpuszczę. Że to całkiem nowa książka, która nie ma nic wspólnego z wcześniejszymi, więc czekałam z niecierpliwością na premierę. 

W najnowszej książce Nesbo, poznajemy historię Sonn'ego Lofthusa, który odsiaduje wyrok w jednym z najlepiej strzeżonym zakładzie karnym w Osolo zwanym Państwem. Prawda jest taka, że nie wiemy czy Sonny rzeczywiście odsiaduje wyrok za swoje grzechy, a może za grzechy czyjeś za które wziął odpowiedzialność. Z grzecznego chłopca, Sonny stał się kryminalistą, a kulminacyjnym punktem w jego przemianie okazało się być samobójstwo ojca – policjanta, którego zawsze uważał za wzór. Odsiadując wyrok, dowiaduje się rzeczy o swoim ojcu, które zmieniają jego pogląd i stawiają samobójstwo jego ojca pod jednym wielkim znakiem zapytania. Sonny, postanawia wyjaśnić sprawę na własną rękę i dowiedzieć się prawdy o swoim ojcu. 
Poznajemy też Simona Kefasa – policjanta, który lada chwila ma przejść na emeryturę, jednak podąża tropem Sonnego, nie tylko ze względów zawodowych, ma w tym swój mały interes. Simon, to mężczyzna po wielu przeżyciach, hazard, podupadająca na zdrowiu żona, oraz masa długów – to opinia która ciąży na Kefasie.


Nesbo świetnie ukazał w książce wątek korupcji, narkotyków, przemocy oraz mały wątek miłosny. Nic w książce nie działo się przypadkowo, wszystko ze sobą się łączyło. Od początku, książka trzymała w napięciu, z kartki na kartkę odsłaniając nowe fakty i sprawiając, że czytelnik z niecierpliwością czekał na kolejne fakty. Początkowo, nie mogłam się odnaleźć się w książce. Za dużo nazwisk się pojawiało, nie wiedziałam po co, dlaczego, akcja zostaje przerwana by wprowadzić kolejnego bohatera. Jednak jak się potem okazało, wszystko się ze sobą bardzo dobrze łączyło i wprowadzanie nowych nazwisk miało na celu dokładniejsze przybliżenie historii.

W najnowszej książce Nesbo nic nie jest czarne i białe, służba państwowa nie zawsze okazuje się tą dobrą a skazany nie zawsze okazuje się tym złym. Oczywiście, nie chce nikogo wybielać, bo zdaję sobie sprawę, że każdy bohater ma coś za uszami – jednak, koniec końców dochodzimy do wniosku, że Sonny to bardzo przyjemny i miły chłopak, któremu kibicujemy i chcemy żeby mu się udało.

Czy podzielam zachwyty innych osób odnośnie osoby Jo Nesbo? Sądzę, że „Syn” to bardzo dobra książka i pewna jestem że sięgnę po wcześniejszą serię, bo naprawdę mam chęć poznać inne książki owego Pana
.

Za egzemplarz i możliwość poznania prawdy z Sonnym dziękuję Pani Marcie z matras.pl




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...