piątek, 4 marca 2016

" Po drugie dla kasy" - Janet Evanovich


Słodka jak czekolada, ostra jak papryczka chili, wrażliwa jak kwiat a do tego zakręcona jak bąk. Z braku środków na koncie, chwyta się jakże kobiecej pracy - łapania przestępców. To jest właśnie Stephanie Plum. Kobieta, która przez swoją upartość zawsze wpadnie w tarapaty. Która swoim szczęściem nowicjusza zawsze okaże się bohaterką, która wszystko zrobi od tyłu, jednak rozwiąże sprawę. Przy swoim boku ma zawsze uzbrojoną Babcię Mazurową, która pomimo swojego wieku nadal zachowuje się jak nastolatka i dwa gorące ciacha, które tylko polują i kuszą Steph swoimi walorami.

Jeden z nich, z włoskimi korzeniami, wybuchowym temperamentem przystojniak jak z wybiegu, gorący jak słońce - Morelli. Drugi, tajemniczy latynos, o budowie Adonisa były żołnierz - Komandos. Pierwszy z nich to poważny i szanowany w Grajdole gliniarz, którego Śliweczka chciała rozjechać, wspominając dobre czasy na podłodze zza ladą eklerków, drugi to jej nauczyciel i przyjaciel, który wprowadził ją w zawód łowcy nagród.

W drugim tomie przygód o Stephanie Plum, znów zaserwowano nam smakowity kąsek w postaci zagadki kryminalnej. Trzeba odszukać zbiega, który jest mieszkańcem Grajdoła i przyprowadzić go do sądu. Niekarany, sprawa wydaje się prosta, ale ze Śliweczką nic nie jest proste. Bo prócz tego, trzeba odszukać 24 trumien, które Spiro Stiva zakupił za bezcen ale zniknęły, więc ma nadzieję że Stephanie je odnajdzie. A jak są trumny, to jest i Babcia Mazurowa, która uwielbia chodzić na wystawne przyjęcia do domu pogrzebowego, w poszukiwaniu idealnej trumny dla siebie.

Właściwie Stephanie Plum dziwnym trafem, po raz kolejny sama wmiesza się w policyjne śledztwo i po raz kolejny, znów jej drogi z Morellim się skrzyżują. Ale jak to mówi stare przysłowie "gdzie policja nie może, tam pośle Śliwkę"

"Po drugie dla kasy" to kolejna książka, która niemiłosiernie nas wciąga. Przygody Stephanie są tak prześmieszne i brak w nich jakichkolwiek wpadek ze strony autorki. Wszystko jest dopracowane, zarówno wątek kryminalny jak i postacie. Świetna kontynuacja "Jak upolować faceta", która ukazuje nam, że świat widziany oczami Stephanie nie jest wcale różowy za to jest niezmiernie ciekawy i prześmieszny. Bo przecież w Grajdole, w torebce każdej kobiety musi obowiązkowo znajdować się broń, gdzie każdy każdego zna. To historia, która po raz kolejny sprawiła, że bolał mnie brzuch od śmiechu a iskry lecące przy spotkaniach Joe i Stephanie sprawiały, że chciałam więcej.

Seria Janet Evanovih, należy do moich ulubionych komedii. Uwielbiam postacie przez nią nakreślone, historię, te niewiarygodne wypadki i przypadki Stephanie, ten sarkazm Steph, szaleństwo Babci Mazurowej a co najważniejsze - przyciąganie Morellego.

Nie znasz serii - a wstydź się, szybko się zapoznaj, bo książki czyta się lekko i przyjemnie, a co najważniejsze chce się więcej i więcej :)

wtorek, 1 marca 2016

Poczto! Idź w ...


Jestem osobą nerwową - przyznaję, ale zazwyczaj staram się poskromić swój wybuch i bardzo często mi się to udaje. Ale jest jedno miejsce, które działa na mnie jak czerwona płachta na byka. Miejsce, w którym chociaż nie wiem jakbym się starała, moje nerwy zawsze są wystawione na próbę i nigdy nie wychodzą na zwycięzców.
O jakim miejscu mowa? A o POCZCIE POLSKIEJ.

Czy tylko mnie to miejsce tak strasznie wk***ia? Czy tylko na mojej osiedlowej poczcie pracują takie melepety, że gdy tylko patrzę na te ich mordy to od razu włącza mi się czerwone światło i zapalają się kurwiki w oczach? Nie daję już rady. Bardzo rzadko korzystam z usług mojej osiedlowej poczty, którą dosłownie mam pod blokiem, wychodzę z klatki a zaraz obok poczta. Wolę zebrać paczki i raz w tygodniu, zazwyczaj w poniedziałek albo w piątek, wpakować je do samochodu i pojechać 5 km dalej do Centrum na tamtejszą pocztę. Dlaczego to robię?  Przedstawiam Państwu historię osiedlowej poczty.

Było to 5 lat temu, kiedy zaczęłam często korzystać z usług poczty. Sprzedawałam na allegro, wysyłałam paczki wymiankowe, często nie było też mnie w domu więc paczki były awizowane ( teraz się wycwaniłam i napisałam pismo, że jeśli nie ma mnie w domu, polecone należy zostawiać u sąsiadki obok, która jest w domu 24/7, jest bardzo miła i nie ma mi za złe, że odbiera paczki moje).
Ale za każdym razem, kiedy przekroczyłam próg owej poczty tam zawsze była KOLEJKA! ZAWSZE! Niezależnie od godziny, kolejka była zawsze. Na 5 okienek, zawsze, ale to zawsze niezależnie od godziny, dnia tygodnia, zawsze czynne tylko jedno okienko. Wyobrażacie sobie na osiedlowej poczcie, która obsługuje największe osiedle w mieście, otwarte tylko jedno okienko? Masakra.


Owszem, Pań tam pracujących jest więcej, jedna siedzi przy okienku obok i pije kawę, kiedy ktoś do niej podchodzi, drze ryja jak stare prześcieradło, że ona nie obsługuje. Dwie inne krążą między okienkami i plotkują, kolejna akurat układa coś sobie w gablotce, jakąś ekspozycję robi dodatkowych produktów. Kobieto, kto Ci kufa kupi coś z tej gablotki, skoro w kolejce kończącej się na ulicy słychać tylko wyzwiska, złość i nerwy! Nikt, nawet nie spojrzy na tą gablotkę, bo jak już dojdzie do okienka i zobaczy niezadowoloną twarz kobiety, która go obsługuje i na dodatek zawsze odburkuje chamsko, nigdy nie pomoże i zawsze wie lepiej, to modli się by nie podłożyć na tę pocztę bomby albo nie dać jej po mordzie.

Kolejna rzecz: bardzo przyjemna atmosfera, która tam panuje, sprawia że połowa osób zawraca i wychodzi nie odbierając swoich przesyłek lub robi tak jak ja - jedzie do centrum je nadać.
Pani w okienku zamiast "dzień dobry" wita Cię słowami " czego", kiedy dajesz jej awizo odburkuje Ci " w domu siedzieć się nie chciało", nawet nie podnosząc swojej dupy warczy na Ciebie mówiąc " nie ma przesyłki". I zaczyna się.

- "Pani nawet nie sprawdziła, proszę poszukać musi być, skoro awizo jest"
- " Jak mówię, że nie ma to nie ma"
- "Ale nalegam, proszę sprawdzić"
- "Zamiast siedzieć w domu, to łazi a potem przeszkadza uczciwym ludziom pracować".

Ale zabiera awizo i wklepuje numer do komputera. Pomijam fakt, że zajmuje jej to prawie pół wieku, bo najpierw szuka okularów, potem nie widzi cyferek, potem szuka odpowiednika na klawiaturze, by ostatecznie poinformować " jednak jest". Ale to nie koniec historii. Zamiast podnieść się, to prosi "Krysię" by podeszła. Zawołana koleżanka przychodzi i zaczyna się plotkowanie, które ustaje albo po 10 minutach albo po zwróceniu uwagi przez petenta. Więc koleżanka Krysia idzie szukać, Twojej przesyłki. Robi to tak powoli, wywołując kłótnię, kto znów tak beznadziejnie poukładał, ona niczego tu nie może znaleźć. Jest! Cud! Po staniu przy okienku około 20-30 minut widzisz, jak przesyłka idzie w Twoją stronę i tu też zaczynają się schody. Wyciągasz dowód, chcesz podpisać, ale nie możesz, bo Pani z okienka sprawdza Twój dowód jakby był podrobiony. Pod światło, pod lampę, prosi koleżankę o potwierdzenie autentyczności. Udało się, podpisałeś wychodzisz i modlisz się, by następnym razem listonosz przyszedł jak ktokolwiek będzie w domu.

Inaczej się mają sprawy z nadaniem paczki czy listu. To już jest wyższa szkoła jazdy.

 Oczywiście w kolejce swoje musisz odczekać, bo jedno okienko czynne, Dopychasz się, z kopertą przygotowaną w domu, wypełnionym druczkiem, i mówisz, że prosisz o przesyłkę poleconą. Patrzy na Ciebie jak ciele na malowane wrota i odpowiada, że na poleconą to za duża i trzeba paczką. Mówisz takiej, że nie chcesz paczką, tylko zwykłym listem to się upiera, że wymiar złe, że za dużo waży - no pierdoły, aż głowa pęka. Tłumaczysz takiej babie, że do tylu i tylu kilo możesz w zwykłej kopercie a ona nie - ona wie lepiej i koniec, ona nie przyjmie listu i już, bo ona jest upoważniona do wysyłki paczek.  No kufa, nóż się w kieszeni otwiera. Batalia z taką Panią trwa do 20 minut, aż w końcu łaskawie odburkuje, że wyśle ale na "Pani odpowiedzialność i żeby potem z pismami nie przyłaziła, bo przetłumaczyć se nie da, że to powinno iść paczką". Kochany wredny babsztylu, jeszcze przenigdy nie zaginęła mi przesyłka polecona, i inne poczty nie robią problemów, że chce dwie książki nadać listem.

Kolejną rzeczą, którą usilnie chcą te baby wcisnąć to kurier pocztowy, albo inna jakaś usługa, która jest kilkanaście razy droższa od zwykłej paczki.  Człowiek chce nadać zwykłą paczkę za 11 lub 13 zł w zależności od wagi, a ta oczywiście już w głowie widzi kuriera. Nadaję przesyłkę i wyraźnie mówię - paczka zwykła i daję jej wypełniony kwit, a ta znów zaczyna. Taka waga to tylko kurier w cenie 54 zł, zwykłą paczką nie pójdzie bo się zniszczy. Czy ja Cię kufa prosiłam o kuriera babszytlu przebrzydły?? I przedstawienie się zaczyna, że oni większe paczki tylko kurierem mogą nadawać a nie zwykłą paczką bo jak się zgubi czy zniszczy ble ble ble... No kufa, łeb pęka.

Reasumując wypociny Pań z poczty, u nich nie można wysyłać listów tylko paczki, ale też nie można paczek tylko kuriera. Masło maślane i cyrk na kółkach.

Jednak dzisiaj miarka się już przebrała. Okazało się, że w mojej skrzynce jest awizo - a w domu byłam cały dzień, ze względu na chorobę. Wściekłam się jak jasny gwint, biorę awizo idę na pocztę a tam - kolejka. Oczywiście, sypią się wyzwiska, przekleństwa - a o robią Panie z poczty by rozładować atmosferę? Nie, nie otwierają kolejnego okienka. Chodzą między wkur***ymi klientami i mówią " proszę nie przeklinać, to nieładnie". Przysięgam, że jakby któraś z nich do mnie podeszła, to dostała by tak w ryj, że zbierałaby zęby z podłogi. Szczęście w nieszczęściu, zanim do mnie doszła, Pan stojący kilkanaście ludzi przede mną, tak ją opierniczył, że darowała sobie chodzenie i poszła na zaplecze. Wyczekałam swoje, podchodzę do okienka, daję awizo, otrzymuję paczkę. Pytam się gdzie podpisać, a kobieta mi mówi, że to przesyłka niezarejestrowana więc nie muszę podpisywać. Kopara mi opadła. Pytam się jej, skoro nie jest to polecony, to czego nikt nie wrzucił do skrzynki, ale jej odpowiedź zbiła mnie z tropu. "Bo 29.02 jest raz na 4 lata, a listonosz ma urodziny, więc nie dali mu przesyłek i paczek tylko wypisane awiza, żeby powrzucał do skrzynek. Taki prezent urodzinowy". Kobieta, chyba zobaczyła mój wyraz twarzy i wzrok, więc zamilkła i momentalnie uciekła na zaplecze, zamykając jedyne otwarte okienko, ogłaszając że właśnie zaczęła się przerwa 15 minutowa i ludzie za mną muszą poczekać.

Nie pytajcie się mnie, jakim cudem one tam jeszcze pracują - nie wiem. Tak, skargi były składane przez całe osiedle, ale nic nie zmieniło się, prócz tego że zwolnili kierowniczkę i wymienili listonoszy. Dzięki Bogu, wolę nadal raz w tygodniu wybrać się do Centrum na pocztę, gdzie Panie są miłe i zawsze pomogą :)

P.S.
przepraszam, że przekleństwa, ale musiałam to z siebie zrzucić.

niedziela, 28 lutego 2016

"Wiek Adaline" ( 2015) reż. L.T. Krieger

"Wiek Adaline" to film, na który czekałam z niecierpliwością od chwili pojawienia się jego zapowiedzi. Wszystko w tym trailerze przypadło mi do gustu, poczynając od historii, aktorów, na muzyce kończąc. Byłam tak zaaferowana i planowałam wyjście do kina z przyjaciółkami do tego stopnia, że zapomniałam że jest grany. Kiedy się opamiętałam, było po wszystkim.
Niby nic strasznego, w dobie internetu wszystko jest w nim dostępne, tak - jednak ja jestem bardzo wybredna. Albo to musi być obraz w nieskazitelnej jakości bez jakichkolwiek dodatków, a jeśli już je ma, to napisy muszą być przygotowane idealnie, bez błędów ( przecież słyszę co mówią, a co innego czytam), albo z bardzo dobrym lektorem, który również nie jest elektroniczną wersją, co mówi jak z google tłumacza. Patrząc na moje wymagania - nie było portalu, na którym film spełniał któreś z moich kryteriów, tak więc seans został przełożony na dzień wydania filmu na DVD.

Niedawno, Moja Druga Połówka postanowiła mi sprezentować owy film na DVD. Radości było jak w Boże Narodzenie, wycałowany został że starczy mu na lata, a ja z radością sięgnęłam po telefon i zebrałam psiapsie na babski wieczór z Adaline.

Może na samym początku zaznaczę, że nie jest to film dla każdego. Nie każdy będzie tak napalony jak ja, a jeśli już się skusi i obejrzy to może uznać film za "miernotę" lub "stratę czasu". Jak mówię, ile ludzi, tyle opinii. Gdybyśmy wszyscy tak samo myśleli i te same reakcje mieli, to świat byłby nudny.

 
"Wiek Adaline" to historia urodzonej początkiem XX wieku Adaline Bowman ( Blake Lively),, która na wskutek nieszczęśliwego wypadku przestaje się starzeć. Główna bohaterka, pomimo upływu wielu lat, cały czas wygląda młodo i rześko. Nie powiem, zazdrościłam jak cholera, bo która z nas nie chciałaby pozostać już na zawsze piękna i młoda? No właśnie, nie każda - nie Adeline, której po wielu latach zaczęło to przeszkadzać. Ciągłe przeprowadzki, bak możliwości ustatkowania się z drugą osobą, porzucanie swoich absztyfikantów zanim Ci, zdążyli się jej oświadczyć.

Zacznę może od tego czego sama oczekiwałam od tego filmu.

Po opisie dystrybutora, jaki mamy możliwość przeczytać na okładce czy nawet na filmwebie, spodziewałam się historii opowiedzianej od początku XX wieku. Wyobraziłam sobie tytułową Adaline jak z biegiem filmu ukazywać nam będzie kolejne swoje epizody, i w taki właśnie sposób dojdziemy do obecnych czasów. Niestety, tu się rozczarowałam. Otrzymaliśmy historię osadzoną w obecnych czasach, gdzie piękna Adaline poznaje przystojnego i uroczego bruneta i zakochuje się w nim, a jej perypetie przeplatają się dosłownie z kilkoma wspomnieniami i retorspekcjami z wcześniejszych lat.

Kolejne moje rozczarowanie to gatunek do jakiego został sklasyfikowany - melodramat. Przyzwyczajona jestem, iż na takich filmach mam do czynienia z wielką ilością chusteczek, gdzie przez cały film łezka się w oku kręci, a apogeum płaczu osiągamy na końcu filmu. Tu raptem raz spłynęła mi łza. Dosłownie - raz!

Jeśli chodzi o dobór aktorów - nie mam żadnych zastrzeżeń. Blake Lively zagrała cudownie. Jest kobieta stworzona do takich ról. Dzięki Bogu, że Katherine Heigl odrzuciła rolę w tym filmie, bo jakoś jej sobie nie wyobrażam, jako delikatnej Adaline. Blake Lively nie należy do moich ukochanych czy ulubionych aktorek, znam ja raptem z jednego serialu ( tak, Plotkara, też oglądałam), jednak mam do niej wielki szacunek. Jej bezbłędne akcentowanie emocji, wyważone a jednocześnie pełne strachu, chęci i pasji oczy. Ta bijąca od niej mądrość życiowa, dodawała uroku roli w którą się wcielała. Jednym słowem - ta rola, chyba była dla niej stworzona.

Harrison Ford, wcielający się w rolę drugoplanową - Williama, ojca ukochanego Adaline,  a jednak dużo wnoszącą do całości. Scena w lesie, kiedy odkrywa z czym ma do czynienia główna bohaterka - idealne ukazanie całej historii.
Nie może tu zabraknąć wzmianki o Anthonym Ingruberze, który wcielił się w rolę młodego Williama. Początkowo myślałam, że to syn Forda. Wypisz wymaluj, jego młoda wersja. Te ruchy, twarz.

Kolejną rzeczą, która urzekła mnie w tym filmie to ścieżka dźwiękowa. Jest niesamowita, idealnie dopasowana do scen, uczuć które w niej występują. Mistrzostwo! Sami posłuchajcie:



Reasumując: film warty obejrzenia, pomimo że miałam do niego kilka zastrzeżeń, to znikają one po seansie, gdyż jest to tak piękna historia doprawiona świetną muzyką, że nie idzie przejść koło niej obojętnie.
Jeśli jeszcze nie oglądaliście, to polecam z całego serca.

środa, 10 lutego 2016

E.L.James "Grey.Pięćdziesiąt twarzy Greya oczami Christiana"


Zbliżają się walentynki, więc i mnie jakoś tak poniosło, że postanowiłam przeczytać coś związanego miłością. Nie przepadam za romansidłami, tanimi opowiastkami o miłości więc wybór lektury był ciężki. Dlatego postanowiłam pocierpieć trochę w ten ociekający miłością miesiąc, i wybór książki zrzuciłam na barki mojej przyjaciółki. Ona chyba wiedząc, jaką torturą to dla mnie będzie, jednak nie zostawię tego w połowie i dokończę wybrała da mnie przeuroczą, ociekającą miłością, pragnieniem książkę jaką jest „Grey. Pięćdziesiąt twarzy Greya oczami Christiana”, autorstwa jedynej w swoim rodzaju mistrzyni pióra E.L.James.  Przeklinałam ją w duchu, czary i uroki na nią rzucałam, zaczęłam ją nienawidzić i w myślach już przygotowywałam plan zemsty na tej dziewoi, która zwie się moją przyjaciółką, ale nic nie dałam po sobie poznać i z uśmiechem na twarzy przyjęłam książkę obiecując, że jak tylko skończę zdam jej recenzję.
Ej Koleżanko! Coś Ty myślała, że to będzie recenzja pełna „ ochów” i „ achów”? O nie, nie Koleżanko, nad gównem nie ma co się rozpływać i zachwalać. Jakie gówno jest – każdy wie, to teraz niech sobie do tego wyobrażenia dopisze tę książkę, bo to jest idealne odzwierciedlenie.
Myślałam, że nie wyjdzie już nic gorszego niż „ Osiemdziesiąt dni żółtych ” - myliłam się. Myślałam, że ta mega wielka mistrzyni pióra, zgarnęła tyle kasiory, że 5 pokoleń po niej będzie jeszcze na wysokim poziomie żyć, ale niee – ta pożal się Boże pisareczka, połasiła się na więcej. I żeby chociaż napisała coś nowego, coś co by nadawało się do czytanie a język był przystępny – nie. Ona postanowiła wzbogacić się na tym samym tylko pisane z perspektywy Christiana.
Kobity się zachwycają ba – co niektóre są nawet w stanie Cię zwyzywać za negatywne opinie o tej serii, ale ja się kufa pytam – czym tu się zachwycać? Co ta książka wnosi w Wasze życie, że jesteście w stanie ją bronić jak lwica młode? Ani to jakieś podniecające, ani pouczające – słabe to jak majtki z bazaru. Chyba że, macie po 12 lat i nigdy nie poznałyście co to znaczy „kochać się” i beznadziejne jednym słowem chamskie opisy seksu, są dla Was przewodnikiem? Jeśli tak, to współczuję.
O czym jest to bajkopisarstwo, śmiejące się nazywać książką? A o młodej studentce, która w zastępstwie za koleżankę, wybiera się przeprowadzić wywiad z bogatym milionerem Christianem Greye'm. Podczas tego wywiadu, ciamajdowata Ana wpada w oko Christianowi, który cały czas w myślach rozmawia ze swoim „wackiem” i powstrzymuje się przed „ wyruchaniem” jej.
To jest tak prymitywne, że dochodzę do wniosku, iż historie przedstawione w pornosach mają więcej iskry i są bardziej wyrafinowane niż książka pisana z jego punktu widzenia. Czego autorka, zrobiła z niego niewyżytego zboczeńca, któremu tylko jedno w głowie? Przecież wcześniej przedstawiła go jako inteligentnego dżentelmena, z klasą, kulturalnego – w tej książce tego zabrakło. Jest po prostu ociosany chłop, ubrany w najdroższe garnitury i posiadający fortunę oraz imperium, natomiast pod spodem to typowy wieśniak, cham, prostak i zboczeniec. Żeby tego było mało, jego słownictwo którym posługuje się w myślach jest tak infantylne, że aż oczy płaczą a uszy bolą. Śmieliśmy się z „wewnętrznej bogini” Any, ale to jest nic, w porównaniu z rozmowami ze „swoim wackiem”. Bardzo ruchliwy ten wacek, drgał na każdym kroku, masz rozkładać chciał cały czas, widział „dupę” - stawał, widział ust – stawał, widział rytuał zaparzania herbaty – stawał. Ciekawi mnie czy przy „dwójeczce” też stawał.Fabuła – ha, jaka fabuła! Sama siebie rozśmieszyłam. W tej książce brak wszystkiego. Brak fabuły, brak wyrazistych bohaterów, brak dialogu, brak czegokolwiek.
Wiecie, naprawdę zastanawia mnie co te książki wnoszą do pożycia seksualnego, skoro tyle bab to potwierdza. Dla mnie ta książka, to jakiś niewypał, tragedia, masakryczna masakra, która nie powinna była powstać. I jeszcze cena – 39,90! To jakieś nieporozumienie. Tą książką co najwyżej można tyłek podetrzeć, wtedy możecie poczuć się jak Bijąs, która będą w Polsce zażyczyła sobie czerwonego papieru z drobinkami diamentu, bo gwarantuję Wam, że tak drogim papierem na jakim jest drukowany Grey to się jeszcze nie podcieraliście. Chyba że, jesteście burżujami i stać Was na papier do pupci za 40 zł.


wtorek, 9 lutego 2016

Filmowo: "Dziewczyna z portretu" (2015) reż.T.Hooper


 
Czekałam na tę produkcję długo, oj bardzo długo. W 2012 jak przeczytałam książkę, to byłam pewna – idę na film. Mam jeszcze stare wydanie książki, gdzie z okładki bije zapowiedź o „ Nicole Kidman w roli Lily”. Od 2012 roku, śledziłam doniesienia o postępach w pracy nad filmem. Czytałam o Charlize Theron, która miała dołączyć do obsady aż pewnego dnia wszystko ucichło. Nie było doniesień na temat tego projektu. Puff i zniknęło. „Szkoda” - pomyślałam sobie i zaczęłam żyć dalej. Aż tu nagle, w 2015 roku wielkie poruszenie i projekt wraca do łask. Wybrano obsadę, reżyserów ,producentów nic tylko czekać na efekt. Więc czekałam…
W zeszłym tygodniu obejrzałam film i mam mieszane uczucia… Nie było to kino porywające, smutne – po prostu było.
 
Alicia Vikander i Eddie Redmayne
Główną rolę Einara/Lily otrzymał Eddie Redmayne, zeszłoroczny zdobywca Oscara za pierwszoplanową rolę w filmie „Teoria wszystkiego”, czy zasłużoną czy nie – opinie są różne, ja w nie nie wnikam. Dostał to dostał na kij drążyć temat. W rolę jego żony Grety wcieliła się jak dla mnie zjawiskowa i fenomenalna Alicia Vikander ( Ex machina, Kryptonim U.N.C.L.E), która moim zdaniem skradła cały seans. W role drugoplanowe wcielili się : znany ze "Skyfall" Ben Whishaw oraz Matthias Schoenaerts, który wielu osobom przypomina Władimira Putina i gdzie nie jestem, to każdy to komentuje.
Wczesne lata 30, XIX wieku, i niezwykłe małżeństwo duńskich malarzy – Greta i Einar Wegnerowie, oraz niezwykła historia miłości, którą para przeżyła, albowiem historia jest stworzona na podstawie faktów. Ona – popularna malarka, jednak dopiero jej obrazy erotyczne przyniosły jej chwałę. Na pewnym etapie jej popularności, do obrazów w ubraniach damskich pozował jej mąż, Einar i t właśnie wtedy narodziła się Lily. To właśnie wtedy nadeszła wielka transformacja, w której Einar zrozumiał że jest kobietą w ciele mężczyzny. Właśnie wtedy narodziła się Lily, a Einar zaczął odchodzić w niepamięć, ku rozpaczy Grety.
Największych plusem tej fabuły jest relacja jaka odgrywa się pomiędzy małżonkami. To Greta, nieświadomie obudziła w Einarze długo skrywaną Lily, to ona namówiła męża do pozowania w damskich sukienkach. To co na początku wydawało się niewinną zabawą małżonków, przerodziło się w ogromny kryzys tożsamości Einara oraz postawiło Gretę na wielką próbę. Kobieta stanęła przed dylematem czy walczyć o odzyskanie swojego męża czy stanąć u jego boku w walce o swoją tożsamość.
Na ekranie widzimy przemianę Einara, początkową nieśmiałość która z biegiem czasu przeradza się w walkę o swoje ciało, o swój komfort psychiczny. Poznajemy też opinie lekarzy, którzy w tamtych czasach niezbyt entuzjastycznie podchodzili do „takich przypadków”, traktując je jako chorobę psychiczną. W obecnych czasach, nikt już tak nie postępuje – nauka ewaluowała i w czasach dzisiejszych nie jest to zaskoczeniem.
 
Film bardzo przemyślany, bardzo dostosowany do tamtych czasów. Kostiumy pierwsza klasa, nie wiem czego ale nadal sądzę, że wtedy to była moda – bardzo mi się taki styl podoba. Jednak coś mi w tym filmie nie pasowało. Nie był on zły – był naprawdę bardzo dobry, ukazanie relacji Państwa Einarów – miód malina, postacie drugoplanowe – również świetnie zagrane, dopełniają całości. Problem chyba mam z głównym aktorem – Eddiem Redmayner'em. Lubię go, naprawdę ale jakoś mi nie pasował na Einara – był za damski, ani na Lily – był za męski. Tego czego brakowało w roli męskiej widać było gdy grał Lily, a tego co brakowało w roli damskiej ujawniało się kiedy odgrywał rolę Einara. Nie mówię, że nie potrafi on grać – o nie, to bardzo utalentowany aktor, mający na koncie Oscara, po prostu nie spodobał mi się on w roli Einara\Lily. No cóż…
Natomiast Greta, którą grała Alicia Vikander – to dopiero świetnie zagrana rola. Dziewczyna ma talent, skradała każdą scenę w której się pojawiała. Wspaniale wcielała się w rolę cierpiącej, ale też wspierającej i wyrozumiałej żony.
„Dziewczyna z portretu” imponuje również pod względem realizatorskich poczynając od scenografii, od której nie można oderwać wzroku, co w połączeniu z muzyką Desplata zapewnia nam niezapomniane doznania estetyczne.
Czy pomimo braku zapałania sympatią do głównego aktora polecam? Tak, jak najbardziej polecam. To wspaniały seans, który dostarczy Wam piękne doznania estetyczne oraz piękną historię miłości, o którą w Naszych czasach ciężko.

środa, 15 lipca 2015

" Motylek" - Katarzyna Puzyńska

Czekaj, stop! Co to miałam pisać? No tak, stop!

Debiut Katarzyny Puzyńskiej w postaci "Motylka" uznaję za rewelacyjny! Ale, ale czy mam się tu rozpływać w postaci "ochów" i " achów"? Nie, wolę napisać co mnie urzekło.

Katarzynę Puzyńską poznałam przypadkowo. Mianowicie, zaintrygowało mnie jej nazwisko kiedy przy półce z kryminałem próbowałam zapanować nad porządkiem. Przeczytałam "Pużyńska", ale coś mi nie pasowało, próbowałam kolejny raz " Próżynska" wyszło. Myślę sobie, " ej no. co Ty czytać nie potrafisz?". Ostatnie podejście o wyszło " Puzyńska", myślę sobie, " fajne nazwisko, ciekawe jak pisze". W taki właśnie sposób "Motylek", czyli jej pierwsza powieść o policjantach z Lipowa, trafił do mojej biblioteczki.

W małym miasteczku Lipowo, na trasie wylotowej zostaje znaleziona martwa zakonnica. Okazuje się jednak, że zakonnicę zamordowano jednak twarz została nienaruszona. Kim jest tajemnicza zakonnica? W jakim celu przybyła ona do Lipowa? Czy ktokolwiek z miasteczka jest z nią związany? Na te pytania odpowiedzi musi znaleźć młodszy aspirant Daniel Podgórski, szef komisariatu policji w Lipowie wraz ze swoimi kolegami wysportowanym Markiem Zarębą, wybuchowym Pawłem Kamińskim i wąsatym Januszem Rosołem. Oczywiście, z Brodnicy ( większe miasto w okolicach Lipowa) przybywa pomoc z Kryminalnej w postaci, osławionej złym imieniem komisarz Klementyny Kop, która jest najlepsza w swoim fachu, jednak jej zachowanie nie każdemu się podoba.

Oczywiście, prócz wyżej wymienionych postaci, poznajemy również rudowłosą Weronikę Nowakowską, która po rozstaniu z mężem postanowiła kupić od znajomych dworek i wraz ze swoim koniem raz psem, zamieszkać w Lipowie. Nie można, pominąć również matki młodszego aspiranta Daniela Podgórskieg, czyli Marii Podgórskiej, która swoimi wypiekami sprawia, że mamy chęć połknąć tę książkę gdy tylko po raz kolejny przeczytamy opis ciasta, które właśnie Pani Maria upiekła.

Katarzyna Puzyńska - autorka serii o policjantach
z Lipowa
Książkę czyta się bardzo szybko. Jest napisana łatwym, zrozumiałym dla każdego językiem, a intryga opisana na kartkach "Motylka", nie raz sprawi, że sami będziemy zmieniać podejrzanego jak rękawiczki. Do samego końca, nie wiemy kim jest zabójca i co nim kierowało. Bardzo dobrze przemyślana książka, więc nic dziwnego że debiut udany!

Teraz kilku punktach powiem Wam, dlaczego warto sięgnąć po "Motylka" Kasi Puzyńskiej:

- małe miasteczko, gdzie każdy się zna i jego tajemnice

- policjanci, którzy prócz pracy mają swoje życie i problemy osobiste. Nie są mega super bohaterami bez skazy.

- Weronika i jej zwierzęta oraz miłość do renowacji zabytkowych mebli

- mieszkańcy, którzy pomimo że znają wszystkie plotki z wypiekami na twarzy wyczekują kolejnego wpisu na blogu o ich miasteczku

- Klementyna Kop, komisarz ceniąca rzeczy brzydkie ale niezawodne. Nie przez każdego lubiana ale niezawodna.

- Pani Maria i jej wypieki

"Motylek" Katarzyny Puzyńskiej, to nie tylko udany debiut, ale kawał dobrej literatury kryminalnej, po którą warto sięgnąć jeśli jeszcze tego nie poczyniliście. Za mną wszystkie 4 tomy i czekam na kolejny.

wtorek, 14 lipca 2015

" Okularnik" - Katarzyna Bonda


W zeszłym roku zakochałam się. Była to prawdziwa miłość, taka jak z filmów. Wiecie, motylki w brzuchu i te sprawy. Była to miłość od pierwszej kartki. Miłość, która bolała kiedy książka się skończyła, a w sercu pozostał smutek i tęsknota.
Sprawczynią tej zbrodni Wielkiego Kalibru , była Katarzyna Bonda. Ta blondwłosa piękność, zagnieździła się w moim sercu, dając mi radość i sprawiając że nie przespałam nocy a potem na rok zniknęła. Na długi rok moje serce cierpiało, nie potrafiło cieszyć się z innych książek kryminalnych, wszędzie doszukiwało się uśmiechu tej szalonej blondynki, jej słów, jej kolejnej powieści.

I tak oto w maju 2015 roku, po raz kolejny me serce drgnęło. Gdyż usłyszało potwierdzoną wiadomość : Bonda wydaje kolejną część tetralogii o Saszy Załuskiej, Bonda będzie znów w Rzeszowie. BĘDZIE BONDA! KRÓLOWA KRYMINAŁU! "Niech żyje Bonda", skandowaliśmy wszyscy w pracy! Podniecenie sięgało zenitu, aż wreszcie doszła! Wspaniała gruba zielona cegła autorstwa Katarzyny Bondy doszła! Zakupiłam i całą noc spędziłam z "Okularnikiem".

Recenzję "Pochłaniacza" znajdziecie tutaj.

"Okularnik" to drugi tom z serii Czterech Żywiołów Saszy Załuskiej, a mianowicie " Ziemia". Książka jest opasła, ale kocham takie opasłe księgi :) Mają kilka zastosowań.

Po pierwsze: można długo czytać, bo jest czego :)

Po drugie: zawsze służy do samoobrony, bo jak przyfasolisz komuś książką mającą prawie 1000 stron, to masz pewność, że krew go zaleje i zamroczysz go wystarczająco na tyle, by móc uciec :)


Nie da się ukryć, że " Okularnik" jest książką bardzo osobistą. Już wstęp i dedykacja, pokazują nam że autorka miała nie łatwe zadanie. Temat bardzo poruszający i bolesny, a zarazem Kasia wsadziła kij w mrowisko, otwarcie mówiąc o konflikcie narodowościowym w swoim rodzinnym mieście Hajnówki, zarówno w kontekście współczesnym jak i historycznym, pokazując wydarzenia na przełomie II wojny światowej.

Pierwsza część ukazywała wykrywanie zbrodni poprzez zapach, czyli metodę osmologii. W " Okularniku" autorka skupia się na antroposkopii - czyli na rekonstrukcji twarzy na podstawie czaszki.

Sasza Załuska postanawia wrócić do policji, zanim jednak to zrobi postanawia wyjechać do Hajnówki by uporządkować swoje sprawy prywatne z Łukaszem Polakiem, który jest głównym podejrzanym w sprawie o kryptonimie "Czerwony Pająk", a zarazem ojcem jej córki i a jej byłym kochaniem. Na miejscu okazuje się, że Łukasz został zwolniony z prywatnej kliniki psychiatrycznej a miejsce jego obecnego pobytu pozostaje nieznane. Podążając za śladem Łukasza, główna bohaterka trafia na białoruskie wesele, gdzie staje się świadkiem dramatycznych wydarzeń, gdzie dowiaduje się, że uprowadzona Panna Młoda, to kolejna kobieta, związana z lokalnym przedsiębiorcą, która znikła bez śladu. A z każdym zniknięciem w przeszłości jak i w obecnym wypadku jest jeden wspólny mianownik - mercedes okularnik.

Zawiła intryga, gdzie na jaw wychodzą również mroczne sekrety mieszkańców miasta związane z
Katarzyna Bonda w Księgarni Matras Nowy Świat Rzeszów.
przeszłością. Czy Saszy uda się rozwikłać zagadkę z przeszłości oraz odnaleźć zaginioną? I czy Sasza odnajdzie Łukasza? Tego dowiecie się czytając drugi tom.


Pomimo swojej obszerności, książkę czyta się bardzo szybko. Niektórzy zarzucają że nic nie trzyma się kupy, że autorka skacze od jednego bohatera do drugiego, a gówno prawda. Może i skacze, ale to wszystko ze sobą się łączy i ostatecznie tworzy nam spójny obraz historii oraz intrygi. Nic nie dzieje się przypadkiem. Oj nie.

Również dla mnie ta książka była wyjątkowa i osobista, gdyż Kasia będąc w zeszłym roku na spotkaniu w księgarni, obiecała umieścić kilku czytelników a zarazem moich znajomych w książce. I takim oto sposobem, mój współpracownik Quaku, stał się bohaterem "Okularnika". Chodzi dumny po dziś dzień, i każdemu poleca książkę mówiąc, iż on tam występuje. Iwona oraz Kinga, nasze świetne klientki a zrazem koleżanki, również są w tej książce. Robert, który działa bardzo dużo w Częstochowie by popularyzować książkę, po prostu łza w oku się kręci.

Aaa, bym zapomniała... toż to Kasia obiecała, że będę kolejna :)

Oczywiście po spotkaniu, nie mogło się obyć bez zdjęć i kolejnego spotkania z fanami, tym razem na świeżym powietrzu :)


Kasia ze swoją świtą, czyli pierwowzorami bohaterów Okularnika :)






 
 
 
 
 
 

poniedziałek, 13 lipca 2015

"Zniewoloenie" - Sylvia Day



Kiedyś to były książki, kiedyś. Kiedyś można było kupować w ciemno i być zadowolonym.

Ale to już było i nie wróci więcej.

Teraz wydawnictwa jak tylko mogą robią Nas w bambuko. Oczywiście nie wszystkie, nie wrzucam wszystkim do tego samego wora. Jednak, prawda jest taka, że każdy orze jak może, nawet wydawnictwa.

 
HarperCollins wypuściło niedawno wznowienie książki Sylvi Day. Być może na fali jej popularności, chcieli przyciągnąć do siebie czytelników, wmawiając im, iż krótkie opowiadanko wydane w I kwartale 2015 roku to mega super hiper nowość. Otóż nie, opowiadanko to zostało wydane w 2007 roku, więc do nowości jej daleko, ale jeśli licząc nowe wydawnictwo i okładkę, to można ją uznać za nowość, ale nie oszukujmy się.

 
Dlaczego piszę opowiadanie, a nie książka? No cóż, trzy rozdziały, krótka forma wypowiedzi mieszcząca się w 150 stornach. Inaczej nazwać tego nie można. Chociaż sądzę, że jakby wywalić niepotrzebne opisy opowiadanie można by umieścić nawet i na niecałych 100 stronach. Osobiście streszczenie tej książki współpracownikom zajęło mi niecałą minutę, po których i tak stwierdzili, jak ja że książka to dno i pięć metrów mułu.

O ile jakoś potrafię przetrawić fakt, że książka liczy 150 stron, to mimo wszystko nadal mam nieoparte wrażenie, że wydawnictwo chce z nas zrobić idiotów. Czcionka to jakieś jedno wielkie nieporozumienie, może jest z 9 punktowa. Noszę soczewki, na wieczór zakładam okulary, ale nawet i z lupą miałam problem z czytaniem. Wedle wydawcy, książkę mogą czytać tylko osoby ze zdrowym wzrokiem przy użyciu lupy, bądź takie ślepaki jak ja, jednak przy użyciu mikroskopu.

Kolejna sprawa – cena! No wiecie co, za taką pizdryczkę płacić 30 zł! Są książki, lepsze, większe a mniej. Kolejna sprawa, z którą wydawca przesadził.


Fabuła tej książki, słaba jak piwo z biedronki. Dwa gatunki przeplecione ze sobą, fantastyka i erotyk. Zapowiadało się ciekawie, ale nie wyszło. Głowna bohaterka przez wiele lat w samotności, przepełniona bólem i cierpieniem po stracie ukochanego, posiadająca niedozwolone moce, przez co żaden Pan nie może jej oswoić. No właśnie, oswajanie czy inaczej zniewalanie. To już abstrakcja, której nie dało się przetrwać. O ile zapowiadało się ciekawie, bo bohaterka przez cały czas twardo obstawiała przy swoim, nie zmieni się nie ma szans, tak łatwo ulega i poddaje się. No żałosne.

A ocieranie się o nogi, sprawiło że śmiałam się i nie mogłam przestać. Mogli to darować.

Ogólnie cały świat fantasy został potraktowany bardzo ogólnikowo co sprawiło, że nie dało rady już uratować tej książki.

Ogółem: zawiodłam się na książce niemiłosiernie. Czytałam wiele pozycji Sylvi Day, ale ta jest najsłabsza. Jeśli mam ocenić tę książkę to powiem krótko: nie polecam.

Jedyny plus tej książki, to fajna aksamitna okładka.

piątek, 10 kwietnia 2015

Eskaubei & Tomak Nowak Quartet- spotkanie autorksie !

 
Zapraszam serdecznie 11 kwietnia o godzinie 16.00 do księgarni Matras, Galeria Nowy Świat ul. Krakowska 20 w Rzeszowie na spotkanie z Eskaubei i Tomek Nowak Quartet.
Spotkanie poprowadzi Justyna Piekło.
 

  Eskaubei i Tomek Nowak Quartet to projekt łączący teksty jednego z najdłużej działających undergroundowych raperów w Polsce i muzykę świetnego trębacza znanego ze współpracy m.in. z Nigelem Kennedy, Jarosławem Śmietaną, muzykami Amy Winehouse czy Massive Attack.
Skład zespołu współtworzą jedni z najlepszych muzyków jazzowych młodego pokolenia: Alan Wykpisz (kontrabas), Kuba Płużek (piano), Filip Mozul (bębny). Muzyka zespołu, to fuzja inspiracji hip hopem spod szyldu Native Tongues i jazzowych improwizacji podanych w sposób nieskrępowany i nie mieszczący się w jakichkolwiek ramach. Po tej wybuchowej mieszance przemykają rapowane teksty pozbawione banału.

  W skład projektu wchodzą:
Tomek Nowak – trąbka
Filip Mozul – bębny
Kuba Płużek – piano
Alan Wykpisz – kontrabas
 
 
 
 

 

wtorek, 27 stycznia 2015

Bastille " All this bad blood" - muzycznie...


Czasami znamy piosenki, nie znając wykonawcy. Nucimy je, a gdy widzimy gdzieś teledysk i migawkę kto to wykonuje przeżywamy szok, bo jak to? To oni śpiewają? Tak zazwyczaj zdarza się przy piosenkach , które notorycznie lecą w radio. Często też jest tak ze mną. Ale chyba nie o tym chciałam pisać.
 

Nie recenzowałam nigdy płyt, bo wiadomo - każdy co innego lubi, czego innego słucha. Ciężko przekonać kogokolwiek do polubienia płyty, zespołu, który jest Twoim naj. Więc co mnie skłoniło, zapytacie się. Nic. Dosłownie. Po prostu, ta płyta i chłopaki są tak zajebiści, że sami swoimi uworami się bronią, nic więcej nie trzeba o nich mówić.

Wracając do mojego wstępu, znacie zespół Bastille ? Jeśli nie, to pewnie wiele razy w radio słyszeliście ich kawaki, takie jak " Pompeii" czy " Things we lost in the fire". Tak było ze mną. Zakochałam się w tych piosenkach, ale jakoś nigdy nie wpadłam na pomysł żeby sprawdzić kto je wykonuje. Oczarował mnie w nich głos wokalisty i świetne brzmienie, które jest mieszanką rocka alternatywnego, elektorniki z indie, czasami romantyczne czasami filmowe. Bez względu, który byłby to gatunek, przepadałam kiedy słyszałam tylko jego głos. Ale to były piosenki, a ja chciałam czegoś więcej. I tak dziwnym trafem, kiedyś na youtube natrafiłam na cover piosenki Miley Cyrus " We can't stop" w wykonaniu zespołu Bastille. Przepadłam. Nie potrafiłam uwierzyć, jak chłopaki ze znienawidzonej przeze mnie piosenki robili genialną piosenkę. Słuchałam i słuchałam, aż w końcu wpadłam na genialny pomysł, sprawdzę co mają jeszcze. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że dwie z moich ulubionych piosenek radiowych, to właśnie ich wykoanania. Nie zastanawiając się długo, poleciałam i zakupiłam ich płytę. To jest najelpszy zakup jaki zrobiłam.
 

 
Bo przyznam Wam się do czegoś. Nie kupję płyt, ze względu na jedną podobającą mi się w danej chwili piosenkę. W swojej muzycznej biblioteczce mam mało płyt, nie ze względu na to, że płyty są drogie, nie. Nie skąpię na pytę jeśli chcę ją mieć. Chodzi mi o to, że kupuję tylko to, co chcę słuchać i wiem, że będę jeszcze długo tego słuchać. Chcę mieć płytę, którą powracając z pracy, puszczę sobie na fula i sprawi że trafię do innego świata, sprawi że odstresuję się i zapomnę o tragicznym dniu. Tak właśnie mam z płytą " All this bad blood".

Bastille to zespół pochodzący z Londynu, powstały w 2010 roku, grający rocka alternatywnego pomieszanego z muzyką elektroniczną, indie, pop oraz momentami z muzyką smyczkową. Początkowo był to solowy projekt muzyczny wokalisty Dana Smitha, który ostatecznie stworzył z tego kwartet, w skład którego wchodzą : Dan Smith - wokal, Chris Wood - perkusja, Kyle Simmons - klawisze oraz Will Farquarson - bas oraz gitara akutyczna. Dodać należy, że sam frontman gra również na pianinie i perkusji oraz jest autorem piosenek.
Nazwa zespołu w głownej mierze kojarzy nam się z francuskim Narodowym Świętem, upamiętniającym wybuch wielkiej rewolucji francuskiej zapoczątkowanej zdobyciem Bastylii. Jednak jest też mały haczyk. Data 14 lipca, jest również datą narodzin wokalisty - Dana Smitha.

Osobiście posiadam reedycję krążka " Bad Blood", który składa się z dwóch płyt i funkcjonuje pod tytułem " All this bad blood". Album ten idealnie pokazuje szerokie spektrum brzmienia zespołu. Od muzyki gitarowej, elektroniczną kończąc na romantycznej lub filmowej. Pierwszy z krążków zawiera wszystkie utwory z krążka " Bad Bood", na którym znajdują się takie hity jak " Pompeii", "Laura Palmer" czy "Things we lost in the fire". Powiedzieć należy, że ich pierwszy krążek zyskał status platyny, a utwór " Pompeii", to najlepiej sprzedający się utwór minionego roku. Natomiast na drugim krążku, pojawiają się nowe utwory oraz fragmenty dwóch mix tape'ów wydanych przez zespół. Drugi krążek, uchyla rąbka tajemnicy, jak Bastille mogą brzmieć na swoim następnym krążku, który być może pojawi się jeszcze w tym roku. Drugi krążek, promuje też utwór " Of the night", który jest mash upem, dwóch wielkich hitów z lat 90- tych, a mianowicie " Rythm is a dancer" oraz " The rythm od the night".

Chłopaki mają genialne mash upy, wystarczy przesłuchać na yt piosenki " We can't stop", słowa z utworu Miley Cyrus a muzyka z "Loose yourself" Eminema. Po prostu kocham ten cover. Kaażdy utwór na krążku " All this bad blood", może i jest utrzymany w podobnej tematyce, jednak jest jednocześnie spójną opowieścią, która przenosi nas w inny świat. Świat piękny i spokojny, w który wchodzimy podążając za niesamowitym i zachwycającym głosem Dana Smita. Na tej płycie znajduje się wiele wzruszających i pięknych piosenek raz spokojnych raz bardziej rytmicznych. Co więcej, sam wokalista jest tak utalentowany, że na żywo brzmi jeszzcze lepiej niż na płycie. Rzadko kiedy można spotkać, taki talent. A wiem co mówię, bo miałam przyjemność być na ich koncercie w ramach festiwalu w Sziget, który odbył się w sierpniu. Zresztą, sami posłuchajcie sobie ich wykonań na żywo na yt.


Bastille, jest jednym z moich ulubionych zespołów, do którego bardzo często wracam. Ma w sobie to coś, co mnie prowało i sprawia, że chcę więcej i więcej gosu Dana Smitha i nigdy się nie zaspokoję.
Dodam, że jestem wielką fanką jego włosów. Ta burza nieogarniętych kłaków, którą zawsze udaje się poskromić fryzjerowi, znów stanie się burzą żyjąca w swoim świecie, bo Dan ma trik częstego przeczesywania ręką włosów. Aaa, lubię jeszcze kiedy na scenie stara się tak nieśmiało tańczyć :) wygląda to mega słodko.


 
 

niedziela, 25 stycznia 2015

" Idealne matki" - z serii filmowo...

 
Prawdę mówiąc, ta recenzja jeszcze wczoraj wyglądała całkiem inaczej. Od samego początki do końca była negatywna. Zabrałam się za nią, kilka minut po zakończeniu seansu. Dobrze, że zdenerwowałam się tym filmem tak bardzo, że postanowiłam ochłonąć przed jej publikacją. Dziś rano wstałam i okazało się, że przespałam się z tematem i filmem, a dziś całkiem inaczej go postrzegam. Owszem, " Idealne matki" w reżyserii Anne Fontaine, to film kontrowersyjny, a po jegoz akończeniu na usta cisną się różne słowa i powoduje dyskusje, ale nie jest aż tak tragiczny jak myślałam kilka minut po jego zakończeniu , i nie jest też " dnem", jak niektórzy sądzą.

Zacznijmy od tego, że film powstał na podstawie powieści autorki nagordzonej w 2007 roku Noblem Literackim, Doris Lessing. Sama autorka, słynie głównie z tego, że" jej epicka proza jest wyrazem kobiecych doświadczeń. Przedstawia je z pewnym dystansem, sceptyzmen, ale też z ogniem i wizjonerską siłą". Takie właśnie było uzaasadnienie Komisji Noblowskiej.

Jak już wspomniałam, cieszę się, że przespałam się z tą recenzją, bo gdybym umieściła ją wczoraj, musiałabym ją zmieniać. Zatem o czym jest film?

Uwaga, będę spoilerować! I to dużo, bo chcę żebyście zrozumieli czego zmieniłam zdanie, co mnie na początku oburzyło.

Historia jest bardzo prosta. Lil (Naomi Watts) i Roz ( Robin Wright ) przyjaźnią się od dziecka. Zawsze razem, wszędzie razem, tylko one dwie nikt więcej. Mieszkają nad morzem, bardzo blisko siebie. Wspierają się w ciężkich chwilach, kiedy mąż pierwszej z nich umiera. Każda z nich ma syna. Chłopcy wychowują się razem, są przyjaciółmi a nawet można powiedzieć, że są jak bracia. Inaczej, dzięki bliskiej przyjaźni ich matek, każdy z nich ma dwie matki. Chłopcy rosną, cały czas koło swoich mam, każdą chwile i czas spędzają razem. W pewnej chwili, złapałam się na tym, że bardziej wyglądają jak zgrana paczka przyjaciół niż rodzina. Oczywiście, nie było by w tym nic kontrowersyjnego, gdyby nie fakt, że prędzej czy później owa relacja przeistoczy się w coś bardziej poważniejszego. Mianowicie, każda z matek wchodzi w romans z synem drugiej. Ale, żeby tego było mało, one to pochwalają, nawet rozmawiają między sobą o przeżyciach seksualnych i dowcipkują , że " pewnego dnia, muszą się chłopaki nimi znudzić". Tu po prostu, przeżyłam szok. Nie mieściło mi się to w głowie. Nie wyobrażam sobie, że moja przyjaciółka, która uczestniczy w wychowaniu mojego syna, widzi jak rośnie nagle wchodzi z nim w romans. Jest to dla mnie abstrakcja! Ale jak widać, na głównych bohaterkach nie robi to wrażenia, miałam dziwne przeczucie, że nie tylko im to nie przeszkadzało, wręcz nawet była im ta zamiana synami na rękę. Oczywiście, one debatowały, że przesadziły, że musi się to skończyć, ale jakoś tego nie robiły.

Mówiłam, że film kontrowersyjny? Mówiłam. Po seansie, byłam oburzona, zachowaniem matek. Ogólnie oburzona samym nawet tytułem. Jakie to one idealne były? Żadna matka nie pozwoliłaby swojej przyjaciółce, która była matką dla jej syna, iść z nim do łóżka. Na Boga, jakiś odruch, jakaś interwencja z jej strony powinna być. Ale nie u naszych filmowych matek. One sobie stwierdziły, że czują się wspaniale w objęciach młodego syna przyjaciółki. Lil, to nawet była zazdrosna kiedy Tom - syn Roz ( w tej roli James Frecheville) wyjechał na miesiąc do Sydney by reżyserować sztukę i przez telefon opowiadał jej o nowo poznanych ludziach. Sielanka, nie mogła trwać zbyt długo, bo przecież chłopaki młode są, więc siłą woli musieli poznać kogoś młodszego, zakochać się. Tak też się stało. Tom, będąc w Sydney poznał młodą aktorkę, z którą łączyły go bliskie stosunki, a gdy okazało się że ona jest w ciąży, postanowił się z nią ożenić. Przez co Lil poszła w odstawkę. Jej przyjaciółka, chcąc być solidarna postanawia zostawić jej syna - Iana ( w tej roli Xavier Samuel), który tak naprawdę nikogo nie poznał i był szczerze zakochany w Roz. Skutki tego zdarzenia są, jak dla mnie śmieszne. Nagle one spotykają się z synami i jakby nigdy nic, oznajmiają im, że romans czas zakończyć, bo chcą być teraz " dobrymi matkami a w przyszłości wspaniałymi teściowymi i babciami". Myślałam, że się przewrócę. Ian, ze złości ma wypadek, problemy z nogą. Na rehabilitacjach poznaje dziewczynę, której nie kocha, ale będąc z nią chce zapomnieć o Roz. Ona zachodzi w ciążę, i tym sposobem każdy z synów zostaje tatą. Mija bodajże 8 lat, matki są rozpieszczającymi wnuczki babciami, ale okazuje się, że to było by za kolorowo i za pięknie, bo przecież ich piękni synowie, których porównują do Bogów, mogliby być szczęśliwi w związkach. Nagle uczucie, matek i synów powraca, przez co oburzone połówki chłopaków zabierają dzieci i nie chcą ich znać, a oni szczęśliwie żyją dalej w hermetycznie zamkniętym świecie, w którym są tylko oni - matki i synowie. I to jest cały film.

 
Po jego zakończeniu byłam okrponie oburzona. Nawet piękne widoki uchwycone w filmie, nie pomogły. Cały czas w głowie, chodziła mi myśl, jak one mogły? Jak postąpiłabym ja? Przespałam się i dziś rano wstałam i zrozumiałam, że bardzo źle odebrałam ten film.


Dziś stwierdzam, że film pomimo że jest kontrowersyjny jest naprawdę bardzo
dobry. Może nie jest arcydziełem, ale jest naprawdę dobry. Zacznijmy od początku. Tak naprawdę, to Ian szczerze zakochał się w Roz. Nic na to nie poradzimy, serce nie sługa. Miłości się nie wybiera, a że matka to pochwaliła - to tylko, utwierdziło mnie w przekonaniu, iż pomimo Ian zakochał się w najlepszej przyjaciółce matki, ona zaakceptowała to. Nie ze względu, że sama zakochała się w synu Roz. Bo to tak nie było. Po prostu zaakceptowała to, bo znała swoją przyjaciółkę najlepiej i wiedziała, że pomimo różnicy wieku jaka łączy parę, to Roz jest dobrą kandydatką dla jej syna. Bo chyba, każda z nas marzy by teściowa ją zaakceptowała.

Teraz widzę to, że Ian wiedział dobrze co robi. Wiedział, że Roz jest przyjaciółką jego matki, ale pomimo to zakochał się w niej i walczył o to, co można było zauważyć w późniejszych scenach, kiedy wypomina Tomowi, że on był wierny jego matce i nie "przespał się z inną". Miał mu za złe, że przez Toma, związki z matkami się rozpadły, że przez niego nie może być szczęśliwy z Roz. Natomiast związek Toma i Lil, powstał w sumie przypadkowo. Tom, widząc jak Ian "zabawia się" z jego matką, postanawia zemścić się na nim, robiąc to samo z Lil, jednak ona się opiera. Ta miłość, rodziła się powoli. Lil, długo była samotna i po nocy spędzonej z Tomem, zrozumiała że długo była sama i czuje się szczęśliwa w ramionach mężczyzny. W ramionach młodego mężczyzny. Tutaj, miałam mieszane uczucia, bo o ile w przypadku Roz i Iana, czułam że jest to szczere, tak w przypadku Toma i Lil, czegoś mi brakowało. Jeszcze zachowanie Toma, który w Sydney daje się uwieść innej, podczas gdy Lil szaleje ze smutku. I scena kilka lat później, powrót tej namiętności między Tomem a Lil, który powoduje że życie żon i dziewczyn chłopaków, wywraca się do góry nogami. Tak, bo okazuje się, że pomimo, iż matki umówiły się, że zerwą z synami, to tak naprawdę Lil z Tomem, spotykali się potajemnie. Kiedy Ian to odkrył, przybiegł od razu do Roz i wykrzyczał jej prosto w twarz, że zostali oszukani, rozdzieleni kiedy tak naprawdę, druga para spotykała się ze sobą. Widać było w jego oczach cierpienie, że na tyle lat został rozdzielony z Roz. To właśnie wtedy, zrozumiałam, że on się zakochał w niej prawdziwie. Oczywiście, świadkami tego wybuchy były matki dzieci chłopaków, które szybko ulotniły się z domu zabierając dzieci i obiecując, że dziewczynki nigdy nie zobaczą się już z ojcami jak i babkami.


Sytuacja w filmie jest naprawdę abstrakcyjna. Przecież, trudno jest sobie wyobrazić dwie dorose kobiety, które pomimo wykształcenia nie zdają się zauważyć jak swoim postępwaniem, robią ogromną wyrwę w psychice swoich dzieci. Lil swoim zachowaniem, pokazuje jak można być egoistycznym w momencie, kiedy przekłada się swoje własne uczucia i popędy nad dobro innych. Bo przecież, ona nadal w ukryciu spotykała się z Tomem, co spowodowało że jej syn nie mógł być szczęśliwy z Roz. Jak inaczej, można wyjaśnić końcową secnę filmu, gdzie cała czwórka spokojnie opala się na tratwie. Przecież mamy w pamięci to, że gdzieś daleko, są dwie nieszczęśliwe kobiety, samotne córki i żony, które zostały oszukane i potraktowwane okropnie? Czy dwójka dziewczynek i dwójka skrzywdzonych kobiet były warte tego, żeby zniszczono im życie za dobry seks? Jeżeli już decydujemy się na jeden związek, nie róbmy dziecka w drugim związku, lub po prostu nie pchajmy się do łóżka tej drugiej, mając w głowie pierwszą. Bo właśnie takie zachowanie rodzi patologię ukazaną bardzo dobrze, na końcu filmu. Dokonując wybór, trzeba ponosić tego konsekwencje. Przecież Tom wziął ślub, nie powiniem w tym wypadku, po raz kolejny wchodzić do łóżka Lil, mając na uwadze, że jego przyjaciel naprawdę kocha jego matkę, i to on jest powdem dla którego oni nie mogą być szczęśliwi.

Film warty jest obejrzenia, ale trzeba się nad nim zastanowić. Trzeba się z nim przespać. Nie wolno wystawiać mu oceny czy recenzji pod wpływem impulsu. Moim zdaniem film zasługuje na mocne 6 w skali 10-cio punktowej. Co się dziwić, że film jest konrowersyjny, skoro sama lauteatka Nobla, właśnie na takich zachowaniach się skupia i przedstawia. Podziwiam Doris Lessing, że podejmuje się pisania na takie tematy. Nie jest to łatwe postawic się w takiej sytuacji i trzeźwo myśleć. Nobel zasłużony a ekranizacja naprawdę dobra.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...