środa, 29 lutego 2012

Leap year;)


Raz na 4 lata, zdarza się taki dzień. Dzień ten nazywany jest LEAP YEAR;) Tak, tak chodzi o 29 lutego i o irlandzką tradycję z nim związaną.
Otóż to dnia 29 lutego – a taki dzień jest raz na 4 lata, to kobiety mogą prosić o rękę swoich mężczyzn, a oni muszą odpowiedzieć „tak” - czyli – odmów nie przyjmujemy;)

Początkowo myślałam że to jakaś bujda, ale poszukałam i okazało się że to prawda. Otóż to święta Brygida z Kildare wymusiła na świętym Patryku pozwolenie na oświadczanie się kawalerom przez panny. A dlaczego? A dlatego że niektórzy kawalerowie byli zbyt nieśmiali, by podjąć wyzwanie i poprosić o rękę swą drugą lepszą połowę;) Jako że źle było postrzegane wtedy jak kobieta przez długi czas pozostawała w stanie panieńskim, to Święty Patryk uległ namowom świętej Brygidy i wyraził zgodę na przyjęcie takiego obyczaju, ale tylko w dniu 29 lutego czyli raz na cztery lata. Tradycja ta nabrała wymiaru prawnego wraz z ustawą szkockiego parlamentu z roku 1288, za czasów panowania szkockiej królowej Małgorzaty. Co cztery lata, w dniu przestępnym, niezamężna i niezaręczona kobieta mogła wybrać mężczyznę, którego chciała poślubić. Nie musiała zwracać uwagi na obowiązujące w danym środowisku normy czy zwyczaję, ani na życzenia rodziców, w tym jednym dniu miała prawo sama wybrać i mogła mu się oficjalnie oświadczyć. Dziś tej tradycji już się nie przestrzega, choć mój znajomy mówi że co cztery lata mężczyźni mimo wszystko robią męskie wypady i zaszywają się w jakiś trudno dostępnych miejscach;) Może ze strachu, że nie będzie mógł odówić? ;)

W każdym razie, jako że dziś jest taki dzień to gorąco polecam obejrzeć film „ Oświadczyny po irlandzku”. Ta komedia romantyczna w reżyserii Ananda Tuckera to opowieść o Amerykance, która wyrusza w pełną przygód podróż do Dublina, aby zgodnie z miejscowym zwyczajem oświadczyć się swojemu chłopakowi, jednak na jej drodze nieoczekiwanie pojawia się inny mężczyzna.

Anna (Amy Adams), główna bohaterka „Oświadczyn po irlandzku” jest elegancką kobietą sukcesu z dużego miasta w butach za 600 dolarów i z torbą od Louisa Vuittona. Do pełni szczęścia brakuje jej tylko obrączki na placu. Gdy jej chłopak Jeremy (Adam Scott) podczas romantycznej kolacji ofiarowuje jej kolczyki zamiast pierścionka, Anna postanawia wziąć sprawy we własne ręcę. Dowiaduje się ona o istnieniu irlandzkiej tradycji, zgodnie z którą raz na 4 lata, 29 lutego kobieta może oświadczyć się swojemu wybrankowi, a on musi powiedzieć „tak”. Postanawia więc jak najszybciej udać się do Dublina, gdzie jej narzeczony przebywa właśnie na konferencji. Okazuje się, że dotarcie do celu wcale nie jest takie proste, jednak Anna jest na tyle zdeterminowana, że postanawia zapłacić poznanemu w barze Declanowi (Mathew Goode) , aby pomógł jej dostać się do miasta i spotkać z przyszłym narzeczonym.
Oczywiście film nie jest jakoś mega wybitny, ale przyjemnie się go ogląda;) Na nudny, wspólny wieczór we dwoje jest w sam raz;)

Mój Malczik dziś, sam zaproponował by powtórnie go obejrzeć, jako że dziś 29 a on bidulek chory leży w łóżku;) Jak to stwierdził, „ Szymborska nie żyje, Whitney Huston nie żyje a, i ja się jakoś chujowieńko czuję” - rozłożył mnie tym na łopatki więc jakże mogłam mu odmówić oglądania tegoż filmu?:D

poniedziałek, 27 lutego 2012

And the Oscar goes to...


Oscary i po Oscarach. Prawdę mówiąc, miałam inne typy i co do niektórych „wygranych” to jestem bardzo zawiedziona. Oczywiście, żeby nie było że nie oglądałam więc nie wiem – zdziwię Was – oglądałam każdy film nominowany do tejże nagrody. Od kilku lat przed tą ceremonią, moim głównym celem jest obejrzenie wszystkich nominowanych filmów.
W tamtym roku większość moich typów pokryła się z wyborem Szanownej Komisji, w tym roku muszę przyznać że czasami miałam chęć wykrzyczeć im prosto w twarz „ Gdzie wy macie oczy?!”. Ale pocieszam się tym że w Oscarach nie chodzi o wybór dobrego filmu – tylko o jak najlepszą jego reklamę. Niestety.
Oscary to inaczej doroczne Nagrody Akademii Filmowej, przyznawane od 1927 roku przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej. Filmy które są nominowane są filmami które miały swą premierę w roku kalendarzowym poprzedającym tę galę. Głównie nagrody te przyznawane są filmom anglojęzycznm – prócz filmów w dziedzinie „ Najlepszy film nieanglojęzyczny”.
Pierwsza ceremonie odbyła się w 1929 roku i trwała zaledwie 15 min. Początkowo gala ta nie budziła takiego zainteresowania jak teraz, i po kilku chwilach goście opuszczali już salę.

Podczas pierwszej dekady wyniki były podawane do gazet do publikacji o godzinie 23.00 w noc gali. Przestano stosować tę metodę, gdy Los Angeles Times zapowiedział zwycięzców zanim rozpoczęła się ceremonia. Do tego incydentu doszło w 1940 roku. W rezultacie od tego czasu Akademia stosuje zapieczętowane koperty do wyjawiania nazwisk zwycięzców. Poza kopertami zmieniło się także miejsce gali. Na początku lat 40. z hoteli uroczystość przeniesiono do teatrów. Pierwszym z teatrów, w jakich się odbyła był Grauman's Chinese Theatre, a odbywająca się w nim w 1944 roku ceremonia była pierwszą transmitowaną poza granice Stanów Zjednoczonych. Od 2002 roku nagrody są przyznawane w nowo zbudowanym Teatrze Kodaka.
Dotychczas trzem filmom udało się zdobyć najwyższą dotąd liczbę jedenastu oscarowych statuetek. Rekordowi zdobywcy Oscarów to:

  • Kodak Theatre
    Ben – Hur (1958) w reżyserii Williama Wylera
  • Titanic (1997) w reżyserii Jamesa Camerona
  • Władca Pierścieni : Powrót Króla (2003) w reżyserii Petera Jacksona.

Należy dodać że jedynie Władca pierścieni odtrzymał 100% nagród, nominowany był do 11 statuetek i tyle też dostał. Po 11 statuetek dostał również Titanic pominu 14 nominacji, oraz Ben – Hur nominowany do 12 statuetek.

Starczy może faktów przjedę do wygranych;) Oczywiście pierwsza kategoria to „ Najlepszy film 2011”. W tejże kategorii mamy 9 nominowanych:

  • Spadkobiercy
  • Hugo i jego wynalazek
  • O północy w Paryżu
  • Artysta
  • Moneyball
  • Drzewo życia
  • Służące
  • Czas wojny
  • Strasznie głośno, niesamowicie blisko.
Artysta - najlepszy film 2011 roku

Moim faworytem tu jest w pierwszej kolejnośći film w reżyserii Tate Tylora „ Służące”. Film jest prawdziwy, przedstawia nam prawdziwy problem jaki istniał i w niektórych kilturach istnieje do dziś. A tu zaskoczenie bo wygrał „Artysta” - film nie dość że biało-czarny to jeszcze niemy!
Oczywiście mało co oczy mi z orbit nie wyszły i bardzo się zezłościłam, bo prawdę mówiąc film jest po prostu nudny. No ludzie! XXI wiek, zasypywani jesteśmy coraz to nowszymi technologiami a tu biało czarny niemy film! Porażka. Jedyną osobą która zasłużyna na Oscra z tego filmu to pies tam grający. Naprawdę, film jest nudny jak cholera i cieszę się że oglądałam go w domu a nie wydałam 20 zł na bilet do kina. Ale cóż, nie mój wybór – choć pomimo swej nagrody film większej rzeszy fanów nie zdobędzie bo mało komu się on spodoba.

Kolejna kategoria – „Najlepszy Aktor Pierwszoplanowy”. Myślę sobie, no w końcu wygra mój faworyt. A byłam w pierwszej kolejności za Garym Oldmanem potem George Clooney. Myślę sobie – tu się nie pomylisz jak w filmie. Nigdy się nie myliłaś jeśli chodzi o aktorów. Pokazują nominowanych, a wśród nich:
Jean Dujardin - Najlepszy Aktor Pierwszoplanowy 

  • George Clooney za rolę w filmie Spadkobiercy
  • Brat Pitt za rolę w filme Moneyball-( seriously?! Tu mnie zdziwiła nominacja, ale nie ja nominuję)
  • Jean Dujardin za rolę w Artyście
  • Gary Oldman za rolę w Szpiegu
  • Demian Bichir za rolę w Lepszym Życiu.

Przychodzi koperta – ja zadowolona, że któryś z moich pewniaków dostanie i co? And the Oscar goes to: Jean Dujardin in Artist! Zdziwiłam się. Po raz pierwszy drugi raz nie trafiłam w typ;( Owszem tu muszę przyznać, że może i Oscar się należał, film niemy ale gościu sobie nieźle z rolą poradził, przyznam szczerze majstersztyk.

Trochę smutna że nie trafiłam 2 raz, oglądam dalej. Kategoria  „Najlepsza Aktorka Pierwszoplanowa”. Tu sobie myślę – jak nie trafisz to nie masz po co już w kolejnych latach oglądać każdego filmu, bo po co? Nominowane:

  • Viola Davis ( Służące)
  • Meryl Streep ( Żelazna Dama)
  • Michelle Williams ( Mój tydzień z Marilyn)
  • Glenn Close ( Albert Nobbs)
  • Rooney Mara ( Dziewczyna z tatuażem)
Meryl Streep - Najlepsza Aktorka Pierwszoplanowa

I jest! Pierwszy Oscar wędruje do mojego typu! Genialna Meryl Streep po raz 3 w swojej karierze została nagrodzona tą nagrodą. Może i film wcale nie był jakiś dobry, za to jej rola jako Żelaznej Damy była niewiarygodna! Ogólnie Meryl jest jedną z moich ulubionych aktorek, a Oscara bym jej przyznała już za rolę Mirandy w Diable, ale wiadomo nie ja nominuję i nie ja decyduję. Każdym razie Oscar zasłużony w 100%. Akademia w tym roku nie dała ciała jak w tamtym przyznając Oscara Portman.

Christopher Plummer - Najlepszy Aktor Drugoplanowy
Kolejne Oscary za role drugoplanowe powędrowały w ręce: Christophera Plummera za rolę w filmie „Debiutanci” oraz do Octavii Spencer za rolę w „Służących”. Oczywiście nie zdziwiło mnie również że jako najlepszego reżysera uznano Michaela Hazanaviciousosa, skoro jego film „Artysta „został filmem roku. „O północy w Paryżu” Wood'ego Allena dostała Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny natomiast „Spadkobiercy” Alexandra Payna za najlepszy scenariusz adaptowany. Pomimo trzymniana kciuków za naszą rodzimą produkcję w reżyserii Agnieszki Holland „ W ciemności” nie dostaliśmy Oscara. Powędrował on do Irańskiej produkcji „Rozstanie”.
Muszę przyznać że film jest naprawdę dobry i zasłuży sobie na tą statuetkę. Oczywiście nie zdziwiła mnie nagroda dla „Żelaznej Damy” za najlepszą charakteryzacje. Co jak co, ale charakteryzacja w tym filmie bije inne na głowę. 5 statuetek dostał również film „ Hugo i jego wynalazki” za najlepszą scenografię, najlepsze efekty specjalne ( choć tu osobiście obstawiałam Harre'go), najelpsze zdjęcia, najlepszy dźwięk oraz najlepszy montaż dźwięku.


Szczerze mówiąc niektóre wygrane szokowały inne nie, ale przecież o to chodzi. W Oscarach do końca nie wiadomo kto co zdobędzie. Nawet najlepszy, najpewniejszy film może zostać pominięty w ocenie Komisji. Bo zarówno My – jak i oni swój gust mamy.
Z niecierpliwością czekam na kolejne nominacje, może za rok poszczęści mi się i trafię we wszystkie typy;)

środa, 22 lutego 2012

Zmrok by Harvard Lampoon - wielkie nieporozumienie...

Długo zbierałam się do napisania recenzji tej książki, nie wynikało to z braku czasu czy głębokiej refleksji tej książki. Po prostu, nie wiedziałam co napisać by nie przekolorować jej lub by za bardzo pochwalić. Nie oszukujmy się – po prstu nie wiedziałam co mogę o niej napisać bo jedyne co cisnęło mi się na usta po przeczytaniu to „ GÓWNO”. Krótko i dobitnie.

Książka opisana jest jako zabawna parodia bestsellerowej sagi Pani Meyer. Ale chyba tylko wydawcy tak sądzą.
Tył okładki mówi nam, iż jest to błyskotliwa i niebywale zabawna książka, opowiadająca nam o przygodach młodej nastolatki. Belle Goose,młoda licealistka szuka wampira, któremu pozwoli się ukąsić by mogła przejść na drugi świat, jak Alicja z krainy Czarów. W mieścinie do której się przeprowadza poznaje kolegę z klasy - Edwarta Muulena i się w nim zakochuje. Wszystko było by pięknie gdyby nie jednen mały problem- Edwart nie jest wampierem.
Harvard Lampoon, określa ją jako zabawną błyskotliwą parodię, napisaną w żargonie młodzieżowym, ale powtarzam – chyba tylko on tak sądzi. Aż ciężko uwierzyć że tego gniota wydała jedna z najstarszych redakcji satyrycznych, której honorowymi członkami byli między innymi Winston Churchill czy Dan Aykroyd.

Brawurowa? Czyżbym czytała inną książkę? Inteligentna? No proszę... zlitujcie się! Zabawna? Ciekawe z której strony, ale owszem zabawne było to że dałam się nabrać jak małolata na piękne słówka i wyidealizowane opinie na jej temat. Naprawdę, po członakch tejże grupy spodziewałam się czegoś lepszego, jakiejś naprawdę dobrej lektury wysokich lotów, powodującej bóle brzucha od śmiechu, dobrego kilkuletniego wina, a dostałam taniego sikacza. Nawet tanie wino z biedronki nie powoduje takiego kaca jak czytanie tej książki.

„Brawurowy pastisz bestsellerowej wampirycznej sagi Stephanie Meyer” głosi wygrubiony napis na tyle książki, SERIOUSLY?!
Może zacznę od tego czym jest owy „ pastisz”, a uczyłam się o tym będąc w liceum, a może nawet wcześniej, w każdym razie definicję znam i jest ona następująca:
„Pastisz w stylizacji – to utwór naśladujący istotnie cechy jakiegoś dzieła, stylu, który ma na celu uwydatniania go. Pastisz uprawiany bywa w celu pochwały stylu, maniery danego pisarza jednak nie w celu krytykowania go.” Jedno jest pewne – książka ta nie jest pastiszem, nawet nie jest to parodia. Jedyne słowo co charakteryzuję tę książkę to słowo „GÓWNO” ale takiego gatunku nie ma, prawda?

O ile fabuła w książkach Pani Meyer jest spójna, to w książce „Zmrok” ciężko tego szukać. Owszem są pewne podobieństwa. Lekcja biologii, wizyta w domu Państwa Mullenów czy nawet słynna wyprawa na łączkę, ale chyba na tym się kończy.
Meyer opisała Bellę jako osobę pechową, niezdarna, tak w parodii Belle zachowuje się jak słoń w składzie porcelany, a do tego szalony słoń – obsesyjnie zakochany w Edwarcie. Natomiast sam Edwart, w parodii „d” w jego imieniu zostało zastąpione literką „t”, nie jest jakiś mega atrakcyjny. To przeciętny, ba brzydki chudy kolega z klasy, który nie wyróżnia się nieczym szczególnym.
Mniej więcej wiemy jest o czym jest ta książka i jak wyglądają jej główni bohaterowie, ale wróćmy do najważniejszego wątku? Czy ta książka jest śmiesza i warta przeczytania? Przecież dobra parodia to podstawa do inteligentnego humoru! No właśnie- czy ja użyłam słowa „ inteligentne”? Tak, użyłam. Jeśli kogoś śmieszą komedie w stylu Bundych czy Benny Hilla – książka w największym stopniu sprosta jego wymaganiom. Niestety nie sprostała moim. Może mam specyficzne poczucie humoru, albo mi go brakuje – choć sądzę że mam wielkie poczucie humoru, to dana książka zamiast śmiechu wzbuda u mnie litość.

Jedyne plusy tej książki są takie że liczyła ona jedynie 159 stron, kosztowała mnie 2 zł [ teraz już wiem czego nowe książki po tyle sprzedawali] i fajna okładka, a w szczególności jabłuszka z tyłu.

Książkę oceniam na 0,5 w mojej 5 stopniowej skali, a te pół gwiazdki daję za to że jak już pieniązki wydałam to na mniej niż zero książki nie ocenią.
Pewne jest również to – że po żadną parodię już nie sięgnę! Owa parodia wybiła mi wszystkie inne z głowy na długo. Na okładce książki pownno być ostrzeżenie „ TYLKO DLA IDIOTÓW”.

wtorek, 21 lutego 2012

Prosektorium - Olga Paluchowska - Święcka

„ Nie oceniaj książki po okładce” głosi każdemu znane przysłowie, jednak do przeczytania tej książki skłoniła mnie właśnie okładka.
Będąc w księgarni, buszując między regałami z książkami i czując się jak w raju, moim oczom ukazała się niewiarygodnie piękna okładka która strasznie kontrastowała z tytułem tejże książki. Piękna kobieta, z podkreślonymi na krwistoczerwono ustami od razu rzucała się potencjalnym klientom w oczy. Tytuł już mniej, ale widząc te usta każdy kierował się w stronę regału akurat z tą książką. Podchodząc bliżej, uderzał nas kontrast tej okładki i zauważało się tytuł.
Prosektorium.

Aż mnie zdziwiło! Kto wpadł na tak kontorwersyjny pomysł by tak atrakcyją kobietę umieścić na okłądce książki o tak odmiennym tytule? Po raz pierwszy w życiu, kupując książkę kierowałam się okładką, bo nawet nie przeczytałam opisu książki, chciałam mieć niepsodziankę, sama zrozumieć czemu miał służyć ten chwyt marketingowy. Jak się później okazało - okładka była celowym zabiegiem która odnosiła się do wydarzeń ukazanych w książce.

„Prosektorium” to debiut Olgi Paluchowskiej – Święckiej i mam nadzieję że nie ostatnia. Z chęcią sięgnę po kolejne jej książki.

Dla mnie prosektorium to miejsce ostatniego spoczynku zmarłych, przed ich ostatnią pożegnalą podróżą. Nigdy nie zastanawiałam się jak funkcjonuje takie miejsce i proawdę powiedziawszy nie chciałabym tam pracować. Ale ja to ja.

Natasza, piękna i młoda studentka przeżywa trudne chwile w swoim życiu, pod wpływem impulsu przeprowadza się do nowego miasta, wynajmuje pokój, pracuje jako modelka i podejmuje dodatkową pracę w prosektorium. Jej głównym zajęciem jest wypełnianie kart osobom zmarłym. Mimo początkowej niechęci, wtapia się w zimny świat umarłych, jednocześnie oswajając się ze śmiercią. Zaprzyjaźnia się ze swoim szefem oraz z niektórymi pacjentami szpitala, który znajduje się blisko jej miejsca pracy. Przyjaźń z ciężko chorym ośmioletnim chłopcem, zmysłowa relacja z przyjaciółką a zarazem współlokatorką oraz uczucie jakim daży poznanego Rosjanina, dzadzą Nataszy nadzieję na odnalezienie swej tożsamości.

Z początku zastanawiałam się „ dlaczego na Boga Natasza - piękna modelka, przyjęła pracę w takim miejscu?” i im dalej zagłębiałam się w lekturze tym lepiej poznawałam jej intencje. Rozczarowanie, ból jakie zaznała ta dziewczyna uświadomiły mi że od „ złych chwil” nie możemy ucieć. To będzie podążało za nami jak bumerang. Lecz możemy sobie z tym poradzić. Tak jak zrobiła to Natasza, odnalazła swoją zagubioną tożsamość.

Olga Paluchowska - Święcka
Reasumując, książkę, uważam za udany debiut Pani Olgi, jednak momentami te filozoficzne monologi, mnie nużyły, jednak dostrzegam że wszystko zapewne ma swój cel. A jest nim wpłynięcie na odczucia czytelnika.Tak więc nie bójmy się mówić o śmierci i przemijaniu, gdyż do wszystkiego trzeba podejść z dystansem. Książkę naprawdę polecam, jest to wspaniała lektura opowiadająca o miłości, przyjaźni i przemijaniu.
Jeśli choć trochę zainteresowałą Cię tajemnicza Natasza – sięgnij po książkę.

Co dziwne, autorka nie ukończyła żadnej szkoły literackiej, wedle informacji zawartych na okładce książki, była to dziewczyna która z trudem ukończyła liceum, jednak obroniła tytuł doktora z mikrobiologii. Pracowała jako modelka, instruktorka taiji i mikolog w warszawskich szpitalach. Jednak mimo wszystko, książka jest napisana bardzo dobrze, wciąga nas w swój klimat i razem z główną bohaterką przeżywamy jej odczucia i w nas czytelniku emocje biorą górę.

I nie, nie żałuję że raz w życiu złamałam swoją złotą zasadę i oceniłam książkę po okładce.
Książkę ocenię w mej 5-cio stopniowej skali na 4,5.
Książkę zakupicie w każdej księgarni w cenie: 29,90, chyba że traficie na jakąś zniżkę;) Można też popatrzeć na allegro ceny wahają się od 13 do 30 zł.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Pretty Little Liars by Sara Shepard


Przyznam się z ręką na sercu że ostatnio naprawdę nie miałam czasu na jakąkolwiek książkę. Po prostu ogarnęła mnie jakaś fala lenistwa. Tylko bym leżała i oglądała jakieś beznadziejne brazilijskie odmóżdżacze na tivi 4. Muszę się zebrać i wrócić do rzeczywistości.
Ale żeby nie było że tylko leżę i oglądam te beznadziejne braziliany i pierdzę w „ konderkę”, ale też w ramach relaksu postanowiłam że powrócę do powtórzenia, raczej do ponownego obejrzenia 2 sezonów serialu Pretty Little Liars – na polski tytuł „ Słodkie kłamstewka”

Pierwszy sezon serialu w całości emitowany był w AXN, ale mimo wszystko wolałam obejrzeć jeden odcinek po drugim obydwóch sezonów z komputera;) A raczej z podłączonego kompa do tivi by poczuć się jak VIP;) a co mi tam;)

Szczerze mówiąc, gdyby nie serial to w życiu nie sięgnęłabym po serię pod tym samym tytułem co serial autorstwa Sary Shepard. Serial bardzo mi się podoba, no może nie fabuła, która początkowo strasznie wciągnęła by potem nas przynudzać – ale tak zazwyczaj jest, nie można wszystkiego zdradzić od razu;) Bardzo podoba mi się w tym serialu charakteryzacja głównych bohaterek – ich ubiór, stroje i makijaże;) Dlatego też gdy tylko w polskich sklepach pojawiły się tłumaczenia tych książek od razu po nie sięgnęłam, by sama przetestować swoją wyobraźnię i tu się zaczyna.




Seria składa się z 11 książek, które są wydane i zaplanowana jest 12 ostatnia finałowa część tejże ksiżąki – w Stanach. W Polsce natomiast przetłumaczona dopiero 5 części z czego ostatnia 5 część wyszła niedawno – 25 stycznia.

Historia opowiada nam o 4 przyjaciółkach – Arii, Emilly, Spencer i Hanny, które po tajemniczej śmierci swojej 5 koleżanki i „królowej ich paczki” – Allison, oddaliły się od siebie. Fabuła książki rozpoaczyna się rok po tym wydarzeniu. Każda z dziewczyn dostaje dziwne smsy podpisane przez „A”, które mówią o sektetach o których wiedziała tylko nieżyjąca przyjaciółka. Dziewczyny „dzięki” tym sms'om na nowo zbliżają się do siebie, by wspólnie odkryć kto kryje się pod pseudonimem „A”. Nagle po roku czasu, sprawa z zaginięcia zmieniła swą kwalifilację na morderstwo. Dziewczyny zaczynają szukać prawdy. Kim jest „A”? Kto zabił Allison? Im bliżej są prawdy tym bardziej są narażone. Każda z dziewczyn jest inna, w przesłości każda miała swój styl, były dziewczynami które nie znały swej wartości, miały niską samoocenę więc kiedy piękna i popularna Allison chciała się z nimi przyjaźnić poczuły się wybrane. Można rzecz – że spotkał je zaszczyć by uczestniczyć w życiu Allison. Jednak zamordowana przyjaciółka, była osobą która miała inne ukryte intencje. Rządziła dziewczynami, podporządkowywała je sobie a one biedna „szare myszki” z pokorą jej służyły. Czuły się wyróżnione i szczęśliwe że są teraz popularne, choć gdyby nie Allison DiLaurentis nigdy by się nie zaprzyjaźniły.



Pierwsza z nich – Aria, dziewczyna z rodziny która ma się za nowoczesną, dlatego też dzieci zwracają się do rodziców po imieniu. Opisana jest jako wspaniała, wysoka i szczupła dziewczyna z pięknymi czarnymi długimi włosami i zielonymi [ bodajże – tego pewna nie jestem] oczami. Jest dziewczyną w stylu hipster girl, która ma zamiłowanie do szycia [ dzierga na drutach bieliznę w książce napisano że staniki które „ drapią”], malowania i literatury pięknej. Wraz ze swoją przyjaciółką była świadkiem jak jej ojciec zdradził matkę. Nikomu o tym nie powiedziała. Po zniknięciu Allison wyjechała ze swoimi rodzicami – Ellą i Baronem oraz bratem Mikie'm na rok do Islandii. Po roku wróciła i opisano ją jako dojrzałą elegancką piękną dziewczynę. Po pierwszym dniu w Rosevood idzie do baru i spotyka tam chłopaka – Ezrę, z którym od razu odnajduje wspólny język. Między nimi wywiązuje się romans – w barowej toalecie – seriously?! W każdym razie jest między nimi iskrzenie i chemia. Następnego dnia w szkole dowaiduje się że „kiblowy” chłopak tak naprawdę jest jest nauczycielem angielskiego. Związek ich ma wzloty i upadki, ale jak wiadomo serce nie sługa.

Druga z przyjaciółek – Spencer , dziewczyna z bogatej rodziny, ciągle w cieniu idealnej siostry Mellisy z którą rywalizuje na każdym polu. Gra w polo, tennisa, przewodnicząca szkoły [ bodajże też pewna nie jestem] jedna z lepszych uczennic w szkole. Za wszelką cenę chce być lepsza od swojej siostry, którą rodzcie zawsze chwalą co stawia Spencer w jej cieniu. Spencer jest jedną z przyjaciółek Allison, której powiedziała o pocałunku z chłopakiem swojej siostry. Po zniknięciu Ali, Spencer kradnie pracę zaliczeniową swojej siostry oraz podrywa jej przyszłego męża – Wrena, doprowadzając do rozpadu ich związku, oraz podrywa męża Mellisy - Iana, chłopaka którego wcześniej całowała a o tym wiedziałą tylko Allison.

Emilly – trzecia z przyjaciółek, to gwiazda szkolnej drużyny pływackiej. Gdy ją poznajemy ma chłopaka – Bena, jednak w trakcie czytania dowiadujemy się że tak naprawdę Emilly jest lesbijką. Jej pierwszą „miłością” była zamorodowana Allison, z którą się całowała. To był ich mały sekret o którym nikt nie wiedział. W pierwszej serii zakochuje się w nowej sąsiadce, która wprowadza się do domu po jej zmarłej przyjaciółce i to jej rodzina znajduje ciało Allison. Emilly jest dziewczyną, która jest bardzo uległa, może dlatego to na nią Allison miała największy wpływ.

I Hanna – ostatnia z paczki przyjaciółek. Przed zniknięciem Allison, Hanna była dziewczyną otyłą delikatnie mówiąc. Zawsze była ślepo wpatrzona w Ali pomimo iż ta przezywała ją „ Heavy Hanna”. Allison jako jedyna wiedziała że Hanna wywołuje wymioty, by stracić na wadze. Po zniknięciu Ali, Hanna schudła i stała się jedną z najbardziej popularnych dziewczyn w szkole. Piękna, chuda zawsze modnie ubrana można rzec, zajęła miejsce „ królowej” po Allison. Jej najlepszą przyjaciółką okazuje się Mona – dziewczyna, którą Allison i dziewczyny wyśmiewały. Mona również zmieniła się nie do poznania i wraz z Hanną, po zniknięciu Allison zaczęły rządzić w liceum.

Jedyną wspólną rzeczą łączącą te dziewczyny – jest fakt że każda z nich była przyaciółką Allison, przez co i one się do siebie zbliżyły – jednak była to przyjaźń ze względu na, gdyż po zniknięciu Allison nie przetrwała. Ich przyjaźń odrodziła się znów kiedy połączył ich kolejny fakt – każda z nich zaczęła dostawać dziwne smsy od „A”, które ujawniały ich sekrety o których wiedziała tylko zamordowana Allison oraz fakt że przed rokiem wspólnie z zamordowaną Ali brały udział w wypadku w którym jedna z uczennic liceum straciła wzrok..
Autorka nam – czytelnikom pozostawia możliwość oceny każdej z bohaterek, możemy sobie sami wyrobić o nich zdanie. Autorka po prostu je opisuje.
Z książki na książkę – a przypominam że w Polsce jest ich 5 dowiadujemy się coraz to nowych faktów na temat śmierci Allison, oraz coraz to nowsze brudne sekterty naszych głównych bohaterek. W czwartej części - poznajemy kim jest A – i tu jest zaskoczenie. Również w 4 części A ginie ale okazuje się w 5 części że dziewczyny spokoju ne będą mieć, gdyż w ich życiu pojawia się nowa osoba podająca się za A.


Jeśli chodzi o książkę – to jest to książka młodzieżowa, sama mam dwadzieścia parę lat, więc gdyby nie zainteresowanie serialem, nie sięgnęłabym po nią. Moim zdaniem jest za dziecinna, ale jeśli byłabym nastolatką to szczerze oceniłabym ją na 4,5. Bo rzadko kiedy można przeczytać książkę o dziewczynach z liceum które mają takie barwne życie.

Natomiast serial – to całkiem inna bajka;) Polecam gorąco – nawet po przeczytaniu książki będzie Was zaskakiwał;)



niedziela, 12 lutego 2012

Matura to bzdura...


Czy nie macie takiego wrażenia że niektórzy to chyba po drodze gdzieś mózg zgubili?
No właśnie – bo ja mam...

Nawet nie wiecie jak mi się nudzi, siedze ba a dokładnie leże z tą nogą do góry, i nie mam co ze sobą robić, książki przeczytane, filmy jakie miałam wyoglądałam to nadszedł czas na przeglądniecię popularnego youtube.com.
Owszem jakoś tak od filmiku do filmiku trafiłam na MaturaToBzdura z Kubą;)
No co ludzie tam wygadują to rzechodzi moje najśmielsze oczekiwania.
Owszem, owszem nie każdy jest orłem z danej dziedziny - sama do orłów z matematyki i przedmiotów ścisłych się nie zaliczam, była jest i będzie to dla mnie czarna magia, ale podstawy znam. No słuchajcie debilem nie jestem, więc podstawy które były wymagane na dopuszczający czy dostateczny znam;) Zdać w końcu tzeba było;)
Ale Ci co tam odpowidają to jakaś przesada!
Ile jest 1-(-1) = ? i żeby padała odpowiedź padała 7! Seriously?! Jak żeś to gościu policzył?
A znajomość flag różnych państw? Hello?? Z Izraela Grecję zrobić? Realy?!
Albo czym był potop szwedzki – żeby padła odpowiedź zalało nasz szwedami!
No masakra jakaś!
Ale oglądam dalej i im dalej brnę tym coraz bardziej odpowiedzi powalają mnie na łopatki, coraz niżej i niżej mnie ogrom ludzkiej głupoty przytłacza.
Ok, potrafie zrozumieć że są uczniowie gorsi – lepsi, ale czasami mam wrażenie że oni wcale do szkoły nie chodzili. Owszem jest to tak głupie że aż śmieszne, ale jak oni te matury teraz zdają kiedy podstaw nie umieją?
Ale chyba najbardziej jako Politologa rozwalił mnie tekst pt „ Kim był Gomułka” i odpowiedź „ Królem Polski”, już nawet pomijam fakt że owy osobnik nawet dobrze pytania nie potrafił przeczytać i wyszło mu „ Kim jest władca gomułek” no proszę litości...
Czy wiedza naszej młodzieży jest naprawdę na tak żenującym poziomie?
W sumie to mam przykład z mojej uczelni – rocznik niżej ode mnie miał proste kolokwium by sprawdzić stan ich wiedzy historycznej i na pytanie z kim graniczy Polska ktoś odpisał „ USA i Szwecja”. No comment.
Może więcej pisac na ten temat nie będę sami zobaczcie:)





Ostatnio Malczik w ramach rozrywki zabrał mnie do glaerii;) Malcziki sobie kulała o kuli po sklepach na wyprzedażach i zaopatrzyła się w kilka nawet ciekawych rzeczy;) 
Nie przepadam za płaskimi butami – jestem miłośniczką obcasów, od kiedy tylko pamiętam zawsze w nich śmigałam, więc jakie teraz jest zdziwienie znajomych kiedy widzą mnie w płaskiej podeszwie. A jako że jestem miłośniczką obcasów to oznacza też że w mojej szafie jest przewaga obcasów a całkowity brak płakskich butów, no może nie całkowity. Mam ze 3 baletek i jedne emulki;)
Więc na wyprzedażach zaszalałam i szukałam płaskich bucików;) na stronie DeeZee;) no muszę przyznać że pierwszy raz kupowałam w ich sklepe internetowym, zazwyczaj kupowałam w sklepie w Galerii;) I musze pochwalić ich;) Bardzo szybka realizacja zamówienia;) Oczywiście też zakupiłam kilka ubranek;) W kolejnym poście je pokażę;) Nie będę robić z moejgo bloga, bloga stylizacyjnego bo ani nie mam figury ani jakiegoś wyczucia mody;) Ubieram się tak bym czuła się wygodnie;) Oczywiście że lubię modę, ale nie jestem dziewczyną o idelanych wymiarach więc nie wszystko na mnie będzie fajnie leżeć;) Więc raczej nie, na sobie nie będę pokazywać ubrań;)
Może kiedyś – jak schudnę;) Bom na diecie;)




                                   Buciki - DeeZee, można je zakupić na stronie http://www.deezee.pl

i się pochwalę zakupiłam sobie na allegro sukienkę, ale nie wiem czy ujdzie czy nie? W sumie mi się podoba:)
Jak sądzicie będzie czy nie za bardzo?;)

 

sobota, 4 lutego 2012

Alkohol i miłość...


Szkoda mi, że nie widziałam jak żuliki spod mojego okna odśnieżają dach naprzeciw:)
Była to intrygująca obserwacja, którą musiałam przerwać na rzecz rehabilitacji.
Te tak zawane "żuliki" nie rozpoczęły pracy bez uprzedniego wypicia 3 butelek taniego "sikacza" jakim jest dzban owocowy. Potem, już mając nieźle w czubie, wspinali się na dach - i tu muszę powiedzieć - bez żadnych zabezpieczeń - o było jeszcze bardziej intrygujące i fascynujące, iż byłam nawet skłonna założyć się z Malczikiem o to, który z nich pierwszy wyjebie przysłowiowego "orzełka". Byłam nawet zdolna wyłożyc na to 200 zł. Seriously?!:O
Jak to dobrze, że godzina rehabilitacji się zbliżyła - ponoc straciłabym tą kasę:)
I tak o to: ja jestem, dach stoi - a może siedzi, wypadku żadnego nie było, tylko jeden z tych żulików już po wykonaniu roboty zachlał się na śmierć...
No właśnie... Morał z opowieści płynie taki „ nie pij tanich sikaczy”.

Miłość. Miłość. Miłość. Temat oklepany, zmechacony i na wszystkie sposoby wyczerpany. A jednak nikomu się nigdy nie znudził, to o miłości mówimy, krzyczymy, plotkujemy, rozprawiamy, usprawiedliwiamy i próbujemy za wszelką cenę o niej nie zapomnieć. A wiecie co jest najlepsze? Podkurczone palce u stóp. Takie to głupie, naiwne i żałosne w pewnym sensie. A z drugiej strony urocze, że tak właśnie reagujemy na szczęście. Tak, proszę państwa. Bo nie ma szczęścia bez miłości, ani nie ma miłości bez szczęścia. Seriously?!Ameryki tym stwierdzeniem nie odkryłam, no ba, ale może warto sobie o tym czasem przypomnieć, co? I przestać wkurzać innych tym, że udajemy swoją radość?. Braciszku mówiłeś, że
Potęgę Miłości” przeczytam w dwa dni, że nie będę wstawać po nieprzespanej nocy z łóżka, że odechce mi się jeść i nawet chodzić do łazienki. Otóż znowu nie miałeś racji;) Mija dzień, a ja już kończę. I faktycznie nie robię nic poza czytaniem. No dobra, dobra, bez ściemy, jak już mam być szczera to obżeram się czekoladą. Wyznaczyłam sobie nawet dawkę. Jak za komuny, tyle, że nie za kartki ;-). Jedna kostka na dzisięć stron. Eeeee, chyba będę potrzebowała szyć ubrania na miarę, kiedy już skończę, ale czego się nie robi dla czekolady i dobrej książki;) Oczywiście że recenzję owej książki zamieszczę tutaj;)

A wracając do mojej genialnej nogi – to za kolorowo nie jest. Niby zwykłe skręcenie, zrobiłam więcej badań i wyszło że wcale nie jest to zwykłe skręcenie. Wiązadła i ścięgna zerwane. Chirurg wysłał mnie na rehabilitacje i jak dobrze wszystko pójdzie to może uniknę operacyjnego „naprawienia stawu skokowego” profesjonalengo słownictwa nie znam – toż to zwykła kobita jestem;) W każdym razie kolorowo nie jest. Ale guz zniknął;) Tak, ten z czoła;)

Idę, trzysta czternasta strona czeka ;-). 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...