piątek, 17 lipca 2015

Stwórzmy własną listę 100 książek, które należy przeczytać :)


Dużo teraz artykułów odnośnie tworzenia listy 100 książek, które każdy z Nas powinien przeczytać. Układają je celebryci, pisarze i wiele innych osób.

Śledzę te listy z wypiekami na twarzy i co powiem: niektóre z tych książek, są dziwne, niedostępne lub nie są przetłumaczone.

Dlatego też, postanowiłam przy Waszej pomocy, stworzyć listę 100 książek, które powinniśmy przeczytać i będzie to lista stworzona przez blogerów i miłośników słowa pisanego.

Bardzo bym prosiła, pomóżcie mi stworzyć taką listę i poświęćcie kilka minut na wypełnienie ankiety :) Polecajcie wypełnienie jej na swoim blogu, wśród znajomych i gdzie tylko się da. Nie przeczę, że w przyszłości użyję tej ankiety do swojej pracy doktorskiej, więc pomożecie mi dwukrotnie :)

Podzieliłam te 100 książek, na kilka kategorii. Mianowicie: na kryminał polski i obcy, fantastykę, literaturę młodzieżową i dziecięcą, beletrystykę polską i obcą, reportaż, poradniki oraz 5 tytułów wytypowanych przez Was, które nie wpisują się w działu wymienione.

Mam nadzieję że pomożecie i wspólnymi siłami stworzymy taką własną listę :)
 

środa, 15 lipca 2015

" Motylek" - Katarzyna Puzyńska

Czekaj, stop! Co to miałam pisać? No tak, stop!

Debiut Katarzyny Puzyńskiej w postaci "Motylka" uznaję za rewelacyjny! Ale, ale czy mam się tu rozpływać w postaci "ochów" i " achów"? Nie, wolę napisać co mnie urzekło.

Katarzynę Puzyńską poznałam przypadkowo. Mianowicie, zaintrygowało mnie jej nazwisko kiedy przy półce z kryminałem próbowałam zapanować nad porządkiem. Przeczytałam "Pużyńska", ale coś mi nie pasowało, próbowałam kolejny raz " Próżynska" wyszło. Myślę sobie, " ej no. co Ty czytać nie potrafisz?". Ostatnie podejście o wyszło " Puzyńska", myślę sobie, " fajne nazwisko, ciekawe jak pisze". W taki właśnie sposób "Motylek", czyli jej pierwsza powieść o policjantach z Lipowa, trafił do mojej biblioteczki.

W małym miasteczku Lipowo, na trasie wylotowej zostaje znaleziona martwa zakonnica. Okazuje się jednak, że zakonnicę zamordowano jednak twarz została nienaruszona. Kim jest tajemnicza zakonnica? W jakim celu przybyła ona do Lipowa? Czy ktokolwiek z miasteczka jest z nią związany? Na te pytania odpowiedzi musi znaleźć młodszy aspirant Daniel Podgórski, szef komisariatu policji w Lipowie wraz ze swoimi kolegami wysportowanym Markiem Zarębą, wybuchowym Pawłem Kamińskim i wąsatym Januszem Rosołem. Oczywiście, z Brodnicy ( większe miasto w okolicach Lipowa) przybywa pomoc z Kryminalnej w postaci, osławionej złym imieniem komisarz Klementyny Kop, która jest najlepsza w swoim fachu, jednak jej zachowanie nie każdemu się podoba.

Oczywiście, prócz wyżej wymienionych postaci, poznajemy również rudowłosą Weronikę Nowakowską, która po rozstaniu z mężem postanowiła kupić od znajomych dworek i wraz ze swoim koniem raz psem, zamieszkać w Lipowie. Nie można, pominąć również matki młodszego aspiranta Daniela Podgórskieg, czyli Marii Podgórskiej, która swoimi wypiekami sprawia, że mamy chęć połknąć tę książkę gdy tylko po raz kolejny przeczytamy opis ciasta, które właśnie Pani Maria upiekła.

Katarzyna Puzyńska - autorka serii o policjantach
z Lipowa
Książkę czyta się bardzo szybko. Jest napisana łatwym, zrozumiałym dla każdego językiem, a intryga opisana na kartkach "Motylka", nie raz sprawi, że sami będziemy zmieniać podejrzanego jak rękawiczki. Do samego końca, nie wiemy kim jest zabójca i co nim kierowało. Bardzo dobrze przemyślana książka, więc nic dziwnego że debiut udany!

Teraz kilku punktach powiem Wam, dlaczego warto sięgnąć po "Motylka" Kasi Puzyńskiej:

- małe miasteczko, gdzie każdy się zna i jego tajemnice

- policjanci, którzy prócz pracy mają swoje życie i problemy osobiste. Nie są mega super bohaterami bez skazy.

- Weronika i jej zwierzęta oraz miłość do renowacji zabytkowych mebli

- mieszkańcy, którzy pomimo że znają wszystkie plotki z wypiekami na twarzy wyczekują kolejnego wpisu na blogu o ich miasteczku

- Klementyna Kop, komisarz ceniąca rzeczy brzydkie ale niezawodne. Nie przez każdego lubiana ale niezawodna.

- Pani Maria i jej wypieki

"Motylek" Katarzyny Puzyńskiej, to nie tylko udany debiut, ale kawał dobrej literatury kryminalnej, po którą warto sięgnąć jeśli jeszcze tego nie poczyniliście. Za mną wszystkie 4 tomy i czekam na kolejny.

wtorek, 14 lipca 2015

" Okularnik" - Katarzyna Bonda


W zeszłym roku zakochałam się. Była to prawdziwa miłość, taka jak z filmów. Wiecie, motylki w brzuchu i te sprawy. Była to miłość od pierwszej kartki. Miłość, która bolała kiedy książka się skończyła, a w sercu pozostał smutek i tęsknota.
Sprawczynią tej zbrodni Wielkiego Kalibru , była Katarzyna Bonda. Ta blondwłosa piękność, zagnieździła się w moim sercu, dając mi radość i sprawiając że nie przespałam nocy a potem na rok zniknęła. Na długi rok moje serce cierpiało, nie potrafiło cieszyć się z innych książek kryminalnych, wszędzie doszukiwało się uśmiechu tej szalonej blondynki, jej słów, jej kolejnej powieści.

I tak oto w maju 2015 roku, po raz kolejny me serce drgnęło. Gdyż usłyszało potwierdzoną wiadomość : Bonda wydaje kolejną część tetralogii o Saszy Załuskiej, Bonda będzie znów w Rzeszowie. BĘDZIE BONDA! KRÓLOWA KRYMINAŁU! "Niech żyje Bonda", skandowaliśmy wszyscy w pracy! Podniecenie sięgało zenitu, aż wreszcie doszła! Wspaniała gruba zielona cegła autorstwa Katarzyny Bondy doszła! Zakupiłam i całą noc spędziłam z "Okularnikiem".

Recenzję "Pochłaniacza" znajdziecie tutaj.

"Okularnik" to drugi tom z serii Czterech Żywiołów Saszy Załuskiej, a mianowicie " Ziemia". Książka jest opasła, ale kocham takie opasłe księgi :) Mają kilka zastosowań.

Po pierwsze: można długo czytać, bo jest czego :)

Po drugie: zawsze służy do samoobrony, bo jak przyfasolisz komuś książką mającą prawie 1000 stron, to masz pewność, że krew go zaleje i zamroczysz go wystarczająco na tyle, by móc uciec :)


Nie da się ukryć, że " Okularnik" jest książką bardzo osobistą. Już wstęp i dedykacja, pokazują nam że autorka miała nie łatwe zadanie. Temat bardzo poruszający i bolesny, a zarazem Kasia wsadziła kij w mrowisko, otwarcie mówiąc o konflikcie narodowościowym w swoim rodzinnym mieście Hajnówki, zarówno w kontekście współczesnym jak i historycznym, pokazując wydarzenia na przełomie II wojny światowej.

Pierwsza część ukazywała wykrywanie zbrodni poprzez zapach, czyli metodę osmologii. W " Okularniku" autorka skupia się na antroposkopii - czyli na rekonstrukcji twarzy na podstawie czaszki.

Sasza Załuska postanawia wrócić do policji, zanim jednak to zrobi postanawia wyjechać do Hajnówki by uporządkować swoje sprawy prywatne z Łukaszem Polakiem, który jest głównym podejrzanym w sprawie o kryptonimie "Czerwony Pająk", a zarazem ojcem jej córki i a jej byłym kochaniem. Na miejscu okazuje się, że Łukasz został zwolniony z prywatnej kliniki psychiatrycznej a miejsce jego obecnego pobytu pozostaje nieznane. Podążając za śladem Łukasza, główna bohaterka trafia na białoruskie wesele, gdzie staje się świadkiem dramatycznych wydarzeń, gdzie dowiaduje się, że uprowadzona Panna Młoda, to kolejna kobieta, związana z lokalnym przedsiębiorcą, która znikła bez śladu. A z każdym zniknięciem w przeszłości jak i w obecnym wypadku jest jeden wspólny mianownik - mercedes okularnik.

Zawiła intryga, gdzie na jaw wychodzą również mroczne sekrety mieszkańców miasta związane z
Katarzyna Bonda w Księgarni Matras Nowy Świat Rzeszów.
przeszłością. Czy Saszy uda się rozwikłać zagadkę z przeszłości oraz odnaleźć zaginioną? I czy Sasza odnajdzie Łukasza? Tego dowiecie się czytając drugi tom.


Pomimo swojej obszerności, książkę czyta się bardzo szybko. Niektórzy zarzucają że nic nie trzyma się kupy, że autorka skacze od jednego bohatera do drugiego, a gówno prawda. Może i skacze, ale to wszystko ze sobą się łączy i ostatecznie tworzy nam spójny obraz historii oraz intrygi. Nic nie dzieje się przypadkiem. Oj nie.

Również dla mnie ta książka była wyjątkowa i osobista, gdyż Kasia będąc w zeszłym roku na spotkaniu w księgarni, obiecała umieścić kilku czytelników a zarazem moich znajomych w książce. I takim oto sposobem, mój współpracownik Quaku, stał się bohaterem "Okularnika". Chodzi dumny po dziś dzień, i każdemu poleca książkę mówiąc, iż on tam występuje. Iwona oraz Kinga, nasze świetne klientki a zrazem koleżanki, również są w tej książce. Robert, który działa bardzo dużo w Częstochowie by popularyzować książkę, po prostu łza w oku się kręci.

Aaa, bym zapomniała... toż to Kasia obiecała, że będę kolejna :)

Oczywiście po spotkaniu, nie mogło się obyć bez zdjęć i kolejnego spotkania z fanami, tym razem na świeżym powietrzu :)


Kasia ze swoją świtą, czyli pierwowzorami bohaterów Okularnika :)






 
 
 
 
 
 

poniedziałek, 13 lipca 2015

"Zniewoloenie" - Sylvia Day



Kiedyś to były książki, kiedyś. Kiedyś można było kupować w ciemno i być zadowolonym.

Ale to już było i nie wróci więcej.

Teraz wydawnictwa jak tylko mogą robią Nas w bambuko. Oczywiście nie wszystkie, nie wrzucam wszystkim do tego samego wora. Jednak, prawda jest taka, że każdy orze jak może, nawet wydawnictwa.

 
HarperCollins wypuściło niedawno wznowienie książki Sylvi Day. Być może na fali jej popularności, chcieli przyciągnąć do siebie czytelników, wmawiając im, iż krótkie opowiadanko wydane w I kwartale 2015 roku to mega super hiper nowość. Otóż nie, opowiadanko to zostało wydane w 2007 roku, więc do nowości jej daleko, ale jeśli licząc nowe wydawnictwo i okładkę, to można ją uznać za nowość, ale nie oszukujmy się.

 
Dlaczego piszę opowiadanie, a nie książka? No cóż, trzy rozdziały, krótka forma wypowiedzi mieszcząca się w 150 stornach. Inaczej nazwać tego nie można. Chociaż sądzę, że jakby wywalić niepotrzebne opisy opowiadanie można by umieścić nawet i na niecałych 100 stronach. Osobiście streszczenie tej książki współpracownikom zajęło mi niecałą minutę, po których i tak stwierdzili, jak ja że książka to dno i pięć metrów mułu.

O ile jakoś potrafię przetrawić fakt, że książka liczy 150 stron, to mimo wszystko nadal mam nieoparte wrażenie, że wydawnictwo chce z nas zrobić idiotów. Czcionka to jakieś jedno wielkie nieporozumienie, może jest z 9 punktowa. Noszę soczewki, na wieczór zakładam okulary, ale nawet i z lupą miałam problem z czytaniem. Wedle wydawcy, książkę mogą czytać tylko osoby ze zdrowym wzrokiem przy użyciu lupy, bądź takie ślepaki jak ja, jednak przy użyciu mikroskopu.

Kolejna sprawa – cena! No wiecie co, za taką pizdryczkę płacić 30 zł! Są książki, lepsze, większe a mniej. Kolejna sprawa, z którą wydawca przesadził.


Fabuła tej książki, słaba jak piwo z biedronki. Dwa gatunki przeplecione ze sobą, fantastyka i erotyk. Zapowiadało się ciekawie, ale nie wyszło. Głowna bohaterka przez wiele lat w samotności, przepełniona bólem i cierpieniem po stracie ukochanego, posiadająca niedozwolone moce, przez co żaden Pan nie może jej oswoić. No właśnie, oswajanie czy inaczej zniewalanie. To już abstrakcja, której nie dało się przetrwać. O ile zapowiadało się ciekawie, bo bohaterka przez cały czas twardo obstawiała przy swoim, nie zmieni się nie ma szans, tak łatwo ulega i poddaje się. No żałosne.

A ocieranie się o nogi, sprawiło że śmiałam się i nie mogłam przestać. Mogli to darować.

Ogólnie cały świat fantasy został potraktowany bardzo ogólnikowo co sprawiło, że nie dało rady już uratować tej książki.

Ogółem: zawiodłam się na książce niemiłosiernie. Czytałam wiele pozycji Sylvi Day, ale ta jest najsłabsza. Jeśli mam ocenić tę książkę to powiem krótko: nie polecam.

Jedyny plus tej książki, to fajna aksamitna okładka.

piątek, 10 kwietnia 2015

Eskaubei & Tomak Nowak Quartet- spotkanie autorksie !

 
Zapraszam serdecznie 11 kwietnia o godzinie 16.00 do księgarni Matras, Galeria Nowy Świat ul. Krakowska 20 w Rzeszowie na spotkanie z Eskaubei i Tomek Nowak Quartet.
Spotkanie poprowadzi Justyna Piekło.
 

  Eskaubei i Tomek Nowak Quartet to projekt łączący teksty jednego z najdłużej działających undergroundowych raperów w Polsce i muzykę świetnego trębacza znanego ze współpracy m.in. z Nigelem Kennedy, Jarosławem Śmietaną, muzykami Amy Winehouse czy Massive Attack.
Skład zespołu współtworzą jedni z najlepszych muzyków jazzowych młodego pokolenia: Alan Wykpisz (kontrabas), Kuba Płużek (piano), Filip Mozul (bębny). Muzyka zespołu, to fuzja inspiracji hip hopem spod szyldu Native Tongues i jazzowych improwizacji podanych w sposób nieskrępowany i nie mieszczący się w jakichkolwiek ramach. Po tej wybuchowej mieszance przemykają rapowane teksty pozbawione banału.

  W skład projektu wchodzą:
Tomek Nowak – trąbka
Filip Mozul – bębny
Kuba Płużek – piano
Alan Wykpisz – kontrabas
 
 
 
 

 

piątek, 13 lutego 2015

50 shades of torture - czyli prywatne wyzwanie...




Z racji tego, iż dziś jest ta sławetna premiera filmu " 50 twarzy Greya" wszem i wobec ogłaszam :

PRZYSTĘPUJĘ DO WŁASNEGO WYZWANIA ZWIĄZANEGO Z GREYEM :)

Mianowicie: od dnia dzisiejszego do końca roku, przeczytam raz jeszcze każdą z części tejże trylogii i wyliczę:

- ile razy Ana się czerwieniła i przygryzała wargę


- ile razy jej wewnętrza bogini tańczyła/robiła fikołki

- ile razy padło słowo " O na święty Barnabab"

- ile razy szeleściło opakowanie prezerwatywy

- ile orgazmów miała nasza Ana

Niby, nic trudnego więc pewnie zapytacie się dlaczego taki długi okres czasu. A już odpowiadam. Żeby raz jeszcze przebrnąć prze tę trylogię, muszę się alkoholizować i robić przerwy, bo inaczej mój mózg eksploduje.
Zresztą, trochę wyrozumiałości - książka jest ciężka do ponownego przeczytania :P

A dziś, wybieram się na film.
 Moja przyjaciółka mnie wrobiła.
Dobrze ta żmija wiedziała, że nie chcę tego oglądać.
Okłamała mnie, że idziemy na inny film, dopiero przed chwilą się wygadała. Wybaczcie, idę rozpocząć wino, oraz zakupić jakieś na seans, bo trzeźwa tego nie przeżyję :)


wtorek, 27 stycznia 2015

Bastille " All this bad blood" - muzycznie...


Czasami znamy piosenki, nie znając wykonawcy. Nucimy je, a gdy widzimy gdzieś teledysk i migawkę kto to wykonuje przeżywamy szok, bo jak to? To oni śpiewają? Tak zazwyczaj zdarza się przy piosenkach , które notorycznie lecą w radio. Często też jest tak ze mną. Ale chyba nie o tym chciałam pisać.
 

Nie recenzowałam nigdy płyt, bo wiadomo - każdy co innego lubi, czego innego słucha. Ciężko przekonać kogokolwiek do polubienia płyty, zespołu, który jest Twoim naj. Więc co mnie skłoniło, zapytacie się. Nic. Dosłownie. Po prostu, ta płyta i chłopaki są tak zajebiści, że sami swoimi uworami się bronią, nic więcej nie trzeba o nich mówić.

Wracając do mojego wstępu, znacie zespół Bastille ? Jeśli nie, to pewnie wiele razy w radio słyszeliście ich kawaki, takie jak " Pompeii" czy " Things we lost in the fire". Tak było ze mną. Zakochałam się w tych piosenkach, ale jakoś nigdy nie wpadłam na pomysł żeby sprawdzić kto je wykonuje. Oczarował mnie w nich głos wokalisty i świetne brzmienie, które jest mieszanką rocka alternatywnego, elektorniki z indie, czasami romantyczne czasami filmowe. Bez względu, który byłby to gatunek, przepadałam kiedy słyszałam tylko jego głos. Ale to były piosenki, a ja chciałam czegoś więcej. I tak dziwnym trafem, kiedyś na youtube natrafiłam na cover piosenki Miley Cyrus " We can't stop" w wykonaniu zespołu Bastille. Przepadłam. Nie potrafiłam uwierzyć, jak chłopaki ze znienawidzonej przeze mnie piosenki robili genialną piosenkę. Słuchałam i słuchałam, aż w końcu wpadłam na genialny pomysł, sprawdzę co mają jeszcze. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że dwie z moich ulubionych piosenek radiowych, to właśnie ich wykoanania. Nie zastanawiając się długo, poleciałam i zakupiłam ich płytę. To jest najelpszy zakup jaki zrobiłam.
 

 
Bo przyznam Wam się do czegoś. Nie kupję płyt, ze względu na jedną podobającą mi się w danej chwili piosenkę. W swojej muzycznej biblioteczce mam mało płyt, nie ze względu na to, że płyty są drogie, nie. Nie skąpię na pytę jeśli chcę ją mieć. Chodzi mi o to, że kupuję tylko to, co chcę słuchać i wiem, że będę jeszcze długo tego słuchać. Chcę mieć płytę, którą powracając z pracy, puszczę sobie na fula i sprawi że trafię do innego świata, sprawi że odstresuję się i zapomnę o tragicznym dniu. Tak właśnie mam z płytą " All this bad blood".

Bastille to zespół pochodzący z Londynu, powstały w 2010 roku, grający rocka alternatywnego pomieszanego z muzyką elektroniczną, indie, pop oraz momentami z muzyką smyczkową. Początkowo był to solowy projekt muzyczny wokalisty Dana Smitha, który ostatecznie stworzył z tego kwartet, w skład którego wchodzą : Dan Smith - wokal, Chris Wood - perkusja, Kyle Simmons - klawisze oraz Will Farquarson - bas oraz gitara akutyczna. Dodać należy, że sam frontman gra również na pianinie i perkusji oraz jest autorem piosenek.
Nazwa zespołu w głownej mierze kojarzy nam się z francuskim Narodowym Świętem, upamiętniającym wybuch wielkiej rewolucji francuskiej zapoczątkowanej zdobyciem Bastylii. Jednak jest też mały haczyk. Data 14 lipca, jest również datą narodzin wokalisty - Dana Smitha.

Osobiście posiadam reedycję krążka " Bad Blood", który składa się z dwóch płyt i funkcjonuje pod tytułem " All this bad blood". Album ten idealnie pokazuje szerokie spektrum brzmienia zespołu. Od muzyki gitarowej, elektroniczną kończąc na romantycznej lub filmowej. Pierwszy z krążków zawiera wszystkie utwory z krążka " Bad Bood", na którym znajdują się takie hity jak " Pompeii", "Laura Palmer" czy "Things we lost in the fire". Powiedzieć należy, że ich pierwszy krążek zyskał status platyny, a utwór " Pompeii", to najlepiej sprzedający się utwór minionego roku. Natomiast na drugim krążku, pojawiają się nowe utwory oraz fragmenty dwóch mix tape'ów wydanych przez zespół. Drugi krążek, uchyla rąbka tajemnicy, jak Bastille mogą brzmieć na swoim następnym krążku, który być może pojawi się jeszcze w tym roku. Drugi krążek, promuje też utwór " Of the night", który jest mash upem, dwóch wielkich hitów z lat 90- tych, a mianowicie " Rythm is a dancer" oraz " The rythm od the night".

Chłopaki mają genialne mash upy, wystarczy przesłuchać na yt piosenki " We can't stop", słowa z utworu Miley Cyrus a muzyka z "Loose yourself" Eminema. Po prostu kocham ten cover. Kaażdy utwór na krążku " All this bad blood", może i jest utrzymany w podobnej tematyce, jednak jest jednocześnie spójną opowieścią, która przenosi nas w inny świat. Świat piękny i spokojny, w który wchodzimy podążając za niesamowitym i zachwycającym głosem Dana Smita. Na tej płycie znajduje się wiele wzruszających i pięknych piosenek raz spokojnych raz bardziej rytmicznych. Co więcej, sam wokalista jest tak utalentowany, że na żywo brzmi jeszzcze lepiej niż na płycie. Rzadko kiedy można spotkać, taki talent. A wiem co mówię, bo miałam przyjemność być na ich koncercie w ramach festiwalu w Sziget, który odbył się w sierpniu. Zresztą, sami posłuchajcie sobie ich wykonań na żywo na yt.


Bastille, jest jednym z moich ulubionych zespołów, do którego bardzo często wracam. Ma w sobie to coś, co mnie prowało i sprawia, że chcę więcej i więcej gosu Dana Smitha i nigdy się nie zaspokoję.
Dodam, że jestem wielką fanką jego włosów. Ta burza nieogarniętych kłaków, którą zawsze udaje się poskromić fryzjerowi, znów stanie się burzą żyjąca w swoim świecie, bo Dan ma trik częstego przeczesywania ręką włosów. Aaa, lubię jeszcze kiedy na scenie stara się tak nieśmiało tańczyć :) wygląda to mega słodko.


 
 

niedziela, 25 stycznia 2015

" Idealne matki" - z serii filmowo...

 
Prawdę mówiąc, ta recenzja jeszcze wczoraj wyglądała całkiem inaczej. Od samego początki do końca była negatywna. Zabrałam się za nią, kilka minut po zakończeniu seansu. Dobrze, że zdenerwowałam się tym filmem tak bardzo, że postanowiłam ochłonąć przed jej publikacją. Dziś rano wstałam i okazało się, że przespałam się z tematem i filmem, a dziś całkiem inaczej go postrzegam. Owszem, " Idealne matki" w reżyserii Anne Fontaine, to film kontrowersyjny, a po jegoz akończeniu na usta cisną się różne słowa i powoduje dyskusje, ale nie jest aż tak tragiczny jak myślałam kilka minut po jego zakończeniu , i nie jest też " dnem", jak niektórzy sądzą.

Zacznijmy od tego, że film powstał na podstawie powieści autorki nagordzonej w 2007 roku Noblem Literackim, Doris Lessing. Sama autorka, słynie głównie z tego, że" jej epicka proza jest wyrazem kobiecych doświadczeń. Przedstawia je z pewnym dystansem, sceptyzmen, ale też z ogniem i wizjonerską siłą". Takie właśnie było uzaasadnienie Komisji Noblowskiej.

Jak już wspomniałam, cieszę się, że przespałam się z tą recenzją, bo gdybym umieściła ją wczoraj, musiałabym ją zmieniać. Zatem o czym jest film?

Uwaga, będę spoilerować! I to dużo, bo chcę żebyście zrozumieli czego zmieniłam zdanie, co mnie na początku oburzyło.

Historia jest bardzo prosta. Lil (Naomi Watts) i Roz ( Robin Wright ) przyjaźnią się od dziecka. Zawsze razem, wszędzie razem, tylko one dwie nikt więcej. Mieszkają nad morzem, bardzo blisko siebie. Wspierają się w ciężkich chwilach, kiedy mąż pierwszej z nich umiera. Każda z nich ma syna. Chłopcy wychowują się razem, są przyjaciółmi a nawet można powiedzieć, że są jak bracia. Inaczej, dzięki bliskiej przyjaźni ich matek, każdy z nich ma dwie matki. Chłopcy rosną, cały czas koło swoich mam, każdą chwile i czas spędzają razem. W pewnej chwili, złapałam się na tym, że bardziej wyglądają jak zgrana paczka przyjaciół niż rodzina. Oczywiście, nie było by w tym nic kontrowersyjnego, gdyby nie fakt, że prędzej czy później owa relacja przeistoczy się w coś bardziej poważniejszego. Mianowicie, każda z matek wchodzi w romans z synem drugiej. Ale, żeby tego było mało, one to pochwalają, nawet rozmawiają między sobą o przeżyciach seksualnych i dowcipkują , że " pewnego dnia, muszą się chłopaki nimi znudzić". Tu po prostu, przeżyłam szok. Nie mieściło mi się to w głowie. Nie wyobrażam sobie, że moja przyjaciółka, która uczestniczy w wychowaniu mojego syna, widzi jak rośnie nagle wchodzi z nim w romans. Jest to dla mnie abstrakcja! Ale jak widać, na głównych bohaterkach nie robi to wrażenia, miałam dziwne przeczucie, że nie tylko im to nie przeszkadzało, wręcz nawet była im ta zamiana synami na rękę. Oczywiście, one debatowały, że przesadziły, że musi się to skończyć, ale jakoś tego nie robiły.

Mówiłam, że film kontrowersyjny? Mówiłam. Po seansie, byłam oburzona, zachowaniem matek. Ogólnie oburzona samym nawet tytułem. Jakie to one idealne były? Żadna matka nie pozwoliłaby swojej przyjaciółce, która była matką dla jej syna, iść z nim do łóżka. Na Boga, jakiś odruch, jakaś interwencja z jej strony powinna być. Ale nie u naszych filmowych matek. One sobie stwierdziły, że czują się wspaniale w objęciach młodego syna przyjaciółki. Lil, to nawet była zazdrosna kiedy Tom - syn Roz ( w tej roli James Frecheville) wyjechał na miesiąc do Sydney by reżyserować sztukę i przez telefon opowiadał jej o nowo poznanych ludziach. Sielanka, nie mogła trwać zbyt długo, bo przecież chłopaki młode są, więc siłą woli musieli poznać kogoś młodszego, zakochać się. Tak też się stało. Tom, będąc w Sydney poznał młodą aktorkę, z którą łączyły go bliskie stosunki, a gdy okazało się że ona jest w ciąży, postanowił się z nią ożenić. Przez co Lil poszła w odstawkę. Jej przyjaciółka, chcąc być solidarna postanawia zostawić jej syna - Iana ( w tej roli Xavier Samuel), który tak naprawdę nikogo nie poznał i był szczerze zakochany w Roz. Skutki tego zdarzenia są, jak dla mnie śmieszne. Nagle one spotykają się z synami i jakby nigdy nic, oznajmiają im, że romans czas zakończyć, bo chcą być teraz " dobrymi matkami a w przyszłości wspaniałymi teściowymi i babciami". Myślałam, że się przewrócę. Ian, ze złości ma wypadek, problemy z nogą. Na rehabilitacjach poznaje dziewczynę, której nie kocha, ale będąc z nią chce zapomnieć o Roz. Ona zachodzi w ciążę, i tym sposobem każdy z synów zostaje tatą. Mija bodajże 8 lat, matki są rozpieszczającymi wnuczki babciami, ale okazuje się, że to było by za kolorowo i za pięknie, bo przecież ich piękni synowie, których porównują do Bogów, mogliby być szczęśliwi w związkach. Nagle uczucie, matek i synów powraca, przez co oburzone połówki chłopaków zabierają dzieci i nie chcą ich znać, a oni szczęśliwie żyją dalej w hermetycznie zamkniętym świecie, w którym są tylko oni - matki i synowie. I to jest cały film.

 
Po jego zakończeniu byłam okrponie oburzona. Nawet piękne widoki uchwycone w filmie, nie pomogły. Cały czas w głowie, chodziła mi myśl, jak one mogły? Jak postąpiłabym ja? Przespałam się i dziś rano wstałam i zrozumiałam, że bardzo źle odebrałam ten film.


Dziś stwierdzam, że film pomimo że jest kontrowersyjny jest naprawdę bardzo
dobry. Może nie jest arcydziełem, ale jest naprawdę dobry. Zacznijmy od początku. Tak naprawdę, to Ian szczerze zakochał się w Roz. Nic na to nie poradzimy, serce nie sługa. Miłości się nie wybiera, a że matka to pochwaliła - to tylko, utwierdziło mnie w przekonaniu, iż pomimo Ian zakochał się w najlepszej przyjaciółce matki, ona zaakceptowała to. Nie ze względu, że sama zakochała się w synu Roz. Bo to tak nie było. Po prostu zaakceptowała to, bo znała swoją przyjaciółkę najlepiej i wiedziała, że pomimo różnicy wieku jaka łączy parę, to Roz jest dobrą kandydatką dla jej syna. Bo chyba, każda z nas marzy by teściowa ją zaakceptowała.

Teraz widzę to, że Ian wiedział dobrze co robi. Wiedział, że Roz jest przyjaciółką jego matki, ale pomimo to zakochał się w niej i walczył o to, co można było zauważyć w późniejszych scenach, kiedy wypomina Tomowi, że on był wierny jego matce i nie "przespał się z inną". Miał mu za złe, że przez Toma, związki z matkami się rozpadły, że przez niego nie może być szczęśliwy z Roz. Natomiast związek Toma i Lil, powstał w sumie przypadkowo. Tom, widząc jak Ian "zabawia się" z jego matką, postanawia zemścić się na nim, robiąc to samo z Lil, jednak ona się opiera. Ta miłość, rodziła się powoli. Lil, długo była samotna i po nocy spędzonej z Tomem, zrozumiała że długo była sama i czuje się szczęśliwa w ramionach mężczyzny. W ramionach młodego mężczyzny. Tutaj, miałam mieszane uczucia, bo o ile w przypadku Roz i Iana, czułam że jest to szczere, tak w przypadku Toma i Lil, czegoś mi brakowało. Jeszcze zachowanie Toma, który w Sydney daje się uwieść innej, podczas gdy Lil szaleje ze smutku. I scena kilka lat później, powrót tej namiętności między Tomem a Lil, który powoduje że życie żon i dziewczyn chłopaków, wywraca się do góry nogami. Tak, bo okazuje się, że pomimo, iż matki umówiły się, że zerwą z synami, to tak naprawdę Lil z Tomem, spotykali się potajemnie. Kiedy Ian to odkrył, przybiegł od razu do Roz i wykrzyczał jej prosto w twarz, że zostali oszukani, rozdzieleni kiedy tak naprawdę, druga para spotykała się ze sobą. Widać było w jego oczach cierpienie, że na tyle lat został rozdzielony z Roz. To właśnie wtedy, zrozumiałam, że on się zakochał w niej prawdziwie. Oczywiście, świadkami tego wybuchy były matki dzieci chłopaków, które szybko ulotniły się z domu zabierając dzieci i obiecując, że dziewczynki nigdy nie zobaczą się już z ojcami jak i babkami.


Sytuacja w filmie jest naprawdę abstrakcyjna. Przecież, trudno jest sobie wyobrazić dwie dorose kobiety, które pomimo wykształcenia nie zdają się zauważyć jak swoim postępwaniem, robią ogromną wyrwę w psychice swoich dzieci. Lil swoim zachowaniem, pokazuje jak można być egoistycznym w momencie, kiedy przekłada się swoje własne uczucia i popędy nad dobro innych. Bo przecież, ona nadal w ukryciu spotykała się z Tomem, co spowodowało że jej syn nie mógł być szczęśliwy z Roz. Jak inaczej, można wyjaśnić końcową secnę filmu, gdzie cała czwórka spokojnie opala się na tratwie. Przecież mamy w pamięci to, że gdzieś daleko, są dwie nieszczęśliwe kobiety, samotne córki i żony, które zostały oszukane i potraktowwane okropnie? Czy dwójka dziewczynek i dwójka skrzywdzonych kobiet były warte tego, żeby zniszczono im życie za dobry seks? Jeżeli już decydujemy się na jeden związek, nie róbmy dziecka w drugim związku, lub po prostu nie pchajmy się do łóżka tej drugiej, mając w głowie pierwszą. Bo właśnie takie zachowanie rodzi patologię ukazaną bardzo dobrze, na końcu filmu. Dokonując wybór, trzeba ponosić tego konsekwencje. Przecież Tom wziął ślub, nie powiniem w tym wypadku, po raz kolejny wchodzić do łóżka Lil, mając na uwadze, że jego przyjaciel naprawdę kocha jego matkę, i to on jest powdem dla którego oni nie mogą być szczęśliwi.

Film warty jest obejrzenia, ale trzeba się nad nim zastanowić. Trzeba się z nim przespać. Nie wolno wystawiać mu oceny czy recenzji pod wpływem impulsu. Moim zdaniem film zasługuje na mocne 6 w skali 10-cio punktowej. Co się dziwić, że film jest konrowersyjny, skoro sama lauteatka Nobla, właśnie na takich zachowaniach się skupia i przedstawia. Podziwiam Doris Lessing, że podejmuje się pisania na takie tematy. Nie jest to łatwe postawic się w takiej sytuacji i trzeźwo myśleć. Nobel zasłużony a ekranizacja naprawdę dobra.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...