poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Born to Die - Lana Del Rey


Dziś post nie o książkach, nie o filmach ba nawet nie z radami;) Dziś swoją premierę ma moja recenzja płytowa;)
Nigdy nie pisałam recenzji muzycznej – nie że jestem taka zacofana i muzyki nie słucham – oj nie nie;) Po prostu – każdy ma inny gust, każdy ma swój ulubiony gust muzyczny i nie każdemu może spodobać się to co może spodobać się mi;)

Dziś skupię się na Pani znanej jako Lana Del Rey. Pewnie każdy już słyszał, a jeśli nie słyszał utworów to nazwisko gdzieś się o uszy obiło;) Tak było ze mną;) Pamiętam iż piosenkę usłyszałam w scene jednego z seriali które oglądam bardzo namiętnie [ ale nie są to tasiemce polskie, ale naprawdę dobre amerykańskie seriale cieszące się sławą] a dokładniej w serialu „Ringer”. Piosenka ot tak, wleciała mi w ucho ale raz dwa wyleciała, a to dlatego że bardziej skupiłam się na fabule niż muzyce;) Takim oto sposobem Lana Del Rey stała się wykonawcą mainstreamowym [ dla niewiedzących czym jest mainstream – odnosi się do czegoś co jest dostępne dla szerokiej grupy ludzi, promowane jest w środkach masowego przekazu, dzięki czemu zyskuje jeszcze większe grono odbiorców]. Dzięki zastosowaniu w serialu jej utworu – zaczęto od razu szukać kim jest wykonawca – a co za tym idzie, interesować się dalszymi jej utworami.
 Mnie osobiście, ona się aż tak nie spodobała że od razu zaczęłam przewalać internet w celu zapoznania się z jej twórczością, usłyszałam przypadkowo i zapomniałam. Jakież było moje zdziwienie kiedy w swoje urodziny jednym z prezentów była płyta tejże Pani. Pomimo iż nigdy wcześniej nie miałam stycznośći z jej utworami, no może gdzieś w radiu słyszałam- siła wyższa, ucieszyłam się z tego prezentu. Jestem otwarta na nowe wyzwania i z miłą chęcią zapoznaję się z nowinkami nie tylko wydawniczymi czy filmowymi ale również z muzycznymi. Więc od razu zabrałam się za przesłuchanie. Co mogę napisać?

Owszem – głos dziewczyna ma- nie wiem na ile to efekt komputerowy a na ile jej prawdziwy talent – nie wnikam, oceniam całość płyty na której jej głos jest fenomenalny, ale... no właśnie ale – nie na dłuższą metę. Po którymś utworze zaczyna się robić to nudne, tym bardziej że piosenki są do siebie bardzo podobne, można rzecz na jedno kopyto. Przez co jej głos zaczyna drażnić, bo nie możemy poznać w całości jej talentu muzycznego. No bo sorry, przez 12 utworów słuchać prawie tego samego – nawet największego miłośnika znudzi. Jak napisałam wcześniej – jej głos jest magiczny, uspokaja sprawia że chcemy więcej,jesteśmy hipontyzowani jej głosem, ale z czasem  mamy dość. Przeskakujemy do kolejnego utworu z nadzieją że jej głosisko zaskoczy nas czymś nowym – niestety to są tylko nasze nadzieje.

Płyta „ Born to Die” nie jest zła, choć nie jest też genialna. Jest przeciętna – ot tak, naraz czy dwa może być, potem tylko do pojedynczych kawałków.
Oczywiście, tak jak pisałam wcześniej nie wiem na ile to prawdziwy talent, a na ile umiejętność komputerowa producenta, ale na dłuższą metę powtarzalność się znudzi i jeśli zostanie wydana kolejna płyta w takim samym klimacie – nie odniesie ona zbytniego sukcesu.
Jak najbardziej życzę Pannie Lanie wszystkiego co najlepsze, jednak na tym moja znajomość z jej karierą się zakończy. Drugiej płyty nie chcę mieć, a nawet jeśli jakimś cudem znajdzie się u mnie w domu – nie zostanie ona przesłuchana. Mam kilka swoich ulubieńców z ostatniej płyty, i na tym niech się skończy.






Ogłoszenie wyników...


Trochę mnie nie było, ale cóż poradzić;) Praca, święta, wizyta rodzinki a teraz długi weekend;)
Ale zbieram się do kupy i nadrabiam;)

Konkurs się zakończył, więc trzeba podać zwycięzcę – a jest nim:
tadadadadadadadadada:




Gratuluję Immortal;) Już do Ciebie skrobię malila po dane do wysyłki;)

Przypominam co było do wygrania:



W przyszłości więcej konkursów – a w maju już kolejny;)
Tym razem do zgarnięcia będzie książeczka;)

Większy pościk wieczorkiem;) 

środa, 18 kwietnia 2012

Mallcziki w kulturalnym świecie, robi podsumowanie produkcji polskich...


Długo zastanawiałam się czy aby napisać taki post, Nie wiedziałam jak na niego zareagujecie – z prostej przyczyny – każdy ma inny gust, co innego każdemu z nas się podoba i nie możemy jeden drugoego za to znienawidzić, jednak w końcu przełamałam się i stwiedziałam „ a co mi tam”. Tak więc dziś zaprezentuję Wam TOP 10 – ale nie będzie to jakaś topka ulubionych aktorów, piosenek czy książek. Tym razem będzie to TOP 10 NAJGORSZYCH POLSKICH PRODUKCJI – oczywiście, moim zdaniem.

Mallcziki w kulturalnym świecie żyje, książki czyta, nowości filmowe śledzi, nawet do opery się czasami wybiera – a co trzeba się kultirować;) Tak więc, mogę powiedzieć że w świecie kultury bywam i to dość często, stąd też postanowiłam przygotować takie zestawienie, które będzie takim moim, autorskim zestawieniem. Od razu zaznaczam – nie każdy musi się ze mną zgodzić, bo jednemu może któryś z filmów się spodobał – cóż, są gusta i guściki – jeśli znalazł się w moim zestawieniu – widocznie mi się nie spodobał.
Ale jedziemy z tym koksem;)



Miejsce 10: SKRZYDLATE ŚWINIE

Film może i aż taki zły nie jest- dlatego też jest na 10 miejscu w moim zestawieniu, jednak wizja kibica, który dla pieniędzy sprzedaje się przeciwnemu klubowi i przemoc wobec kobiet – która przedstawiona jest w tym filmie – dyskfalifikuje go w moich oczach. Zamysł był fajny, ale niedopracowany okropnie jest ten film. I ta przemoc – jestem na nie. Jedyne co może podnieść mu notę to całkiem zgrabny tyłeczek Małaszyńskiego.

MIEJSCE 9: FENOMEN

Film pt „ Fenomen” to dopiero jest fenomen. Oglądałam go może ze 3 razy i za każdym razem nie wiedziałam o co chodzi. Niby przesłanie jest proste – ale cieżko się go doszukać. Owszem, film momentami jest tak głupi że aż śmieszny – ale ogólnie rzecz biorąc to jest denny i nawet najlepszy żart nie wyciągnie go z tego dna. Film zyskał w moich oczach jedną gwiazdkę tylko i wyłącznie za krótką kilkusekundową rolę WSZ i ja tekst „ rozjebał mi ojcową furę” i motyw z rozerwaniem łańcucha. Ogólnie całość – to jakieś nieporozumienie.

MIEJSCE 8: POKAŻ KOTKU CO MASZ W ŚRODKU

I pokazali i mnie nie zachwycili. Naprawdę po takiej obsadzie spodziewałam się naprawdę dobrej komedii polskiej, ale tego nie dostałam. Nawet „ Rozmowy w toku” bardziej mnie śmieszą niż ta komedia. Na koniec filmu zaczęłam się śmiać w secenie z Panen Indykiem, bo dopiero wtedy zrozumiałam że to był najgłupszy film na jakim wysiedziałam do końca bez alkoholu. Sorry, ale żal dupę ściska, że ludzie godzą się wyreżyserować coś aż tak dennego.

MIEJSCE 7: SZTOS 2.

Seriously? Po jedynce spodziewałam się czegoś lepszego, ale po obejrzeniu kontynujacji stwierdzam Milordzie, że lepiej by się stało gdyby dalszej części nie wyprodukowano. Zabawa na filmie przednia – jednak wywołana ilością alhoholu we krwi niż sytuacjami przedstawionymi w filmie. Przyznam się bez bicia do 30 minut nawet oglądałam, jednak po tym czasie dokończenie bransoletki hand made, którą noszę zawsze w torebce – wydawało się ciekawszym zajęciem dzięki któremu dokończyłam ją i nosze do dziś. Porażka!

MIEJSCE 6: WOJNA ŻEŃSKO – MĘSKA

Cóż... ponoć to komedia dla osób bezpruderyjnych i otwartych na nowe doznania. Jestem taką osobą, ale ta komedia wręcz mnie obrzydziła. Seks nie jest dla mnie tematem tabu, ale puszczająca się starszawa Pani na prawo i lewo porównująca penisy swoich kochanków to nie jest nawet śmieszne, wręcz żałosne. Nagle odkrywa w sobie pociąg do macania prącia i otwiera klinikę – no serio- ubaw po pachy. Ale chyba nie po moje – wysiedziałam do końca bo tak naprawdę miałam dużo popcornu i coca – coli – jednak tylko to zatrzymało mnie w środku, w innym wypadku dawno opuściałbym salę kinową.

MIEJSCE 5: OCH, KAROL 2

Czekałam na ten film naprawdę z niecierpliwością, jako że uwielbiałam starą dobrą komedię pod tym samym tytułem. Obsada aktorska też przypadła mi do gustu ogólnie byłam zachwycona że film wchodzi do kin – i na tym moja radość się zakończyła. Film mnie rozczarował. Ba^ zawiódł! Naprawdę nie widziałam w nim nic śmiesznego, sztucznie grające aktorki doprowadzały mnie do szału. Jedyny tekst jaki mnie rozbawił to - „ Ludzie Niemcy mnie biją” a to tylko wi wyłącznie dlatego że przypomniał mi o cyrku jakim jest nasza polska polityka. Zaraz po tym tekście, ważniesze wydawało się dla mnie rozmyślanie nad myślą społeczno – polityczną XX wieku i zastanawianie się jaka była 3 droga Samoobrony – akurat miałam mieć z tego kolokwium następnego dnia. Film jak dla mnie był słaby, a miał zadatki na ciekawą dobrą polską komedię.

MIEJSCE 4: ŚLUBY PANIEŃSKIE

Zaciekawiła mnie ta produkcja – ciekawa byłam jak można zekranizować jedną z moich ulubionych lektur szkolnych – wiem wiem dziwna jestem;). Wybrałam się do kina i … po 20 minutach wyszłam. Tego się nie dało oglądać. Strasznie drażnili mnie główni aktorzy i ich wypowiedzi.
Potem chciałam obejrzeć to w domu, jednak i w domu nie dałam rady po kilku minutach po prostu zasnęłam i za każdym kolejnym razem stawało się to samo. Co najdziwniejsze film ten miał wszystko co pozwoliłoby mu stac się dobrym hitem kinowym – reżysera, obsadę aktorską, utwór Fredry jako bazę scenariusza, ale nic z tego nie wyszło, a szkoda.

MIEJSCE 3: WYJAZD INTEGRACYJNY

Głupota ludzka nie zna granic.Ja potrafię zrozumieć wiele – każdy z nich ma rachunki do opłacenia, rodzinę na utrzymaniu, i jak wiadomo pieniądze nie śmierdzą, ale czy w polskim kinie jest aż tak źle żeby Frycz paradował w satynowej sukience? Film ten już recenzowałam i możecie o nim poczytać TU

MIEJSCE 2: KAC WAWA

O tym filmie pisałam już też kiedyś, nawet poświęciłam mu osobny post – tu możecie przeczytać moją recenzję: KAC WAWA - recenzja
A ja powiem krótko: Owszem KAC, ale KAC MORALNY, jak mogliśmy obejrzeć taki szajs.


MIEJSCE 1: 1920. BITWA WARSZAWSKA

Kyrie Elejson co to miało być? Film jest totalną porażką! Żenująca gra aktorskiej Pani Urbańskiej to gwóźdź do trumny tejże produkcji! Pominięcie roli Rozwadowskiego i przypisanie tego zwycięstwa Piłsudskiemu to cios poniżej pasa! Sceny śpiewane Urbańskiej działały mi tak na układ nerwowy że myślałam że rozniosę salę kinową! To jest największa klapa w historii POLSKIEJ KINEMATOGRAFII!! i zasługuje na wszystkie niepochlebne komentarze i nagrody za najgorszy film roku!

Oczywiście jest to mój autorski TOP i moje odczucia - nie każdy musi się z nimi godzić, choć wiele osób myśli tak jak ja;)

Przypominam o rozdaniu tu: PIERWSZE ROZDANIE


niedziela, 15 kwietnia 2012

Garnier Czysta Skóra Active


Kiedyś już pisałam że moja twarz jest strasznie dziwna, wszystko w zależności od pogody. Czasami błyszczę się jak przysłowiowe „psu jajka” czasami moja cera jest tak sucha że skóra płatami mi odchodzi i mam okropne rany i strupy. Nic na to nie poradzę, taka się urodziłam i taka zapewne umrę;) W kązdym razie jakoś daję radę i korzystam z wielu specyfików które mają ułatwić mi bytowanie na tym świecie;)
Jednym z owych magicznych kosmetyków które są dla mojej dziwnej mordki idealne jest krem z Garniera.

Garnier Skin Natural Czysta Skóra Active – to jest coś, co powoduje że moja twarz zaczyna żyć;)
Kupiłam go kiedyś przez przypadek – była promocja na produkty Garniera kup jeden drugi za 1 gr;) Oczywiście że się skusiłam, jako że od zawsze używan peelingu tejże firmy to ten krem wzięłam jako owy drugi produkt na wypróbowanie.
Już po pierwszym dniu byłam nim oczarowana i zaraz następnego ranka poleciałam do sklepu i kupiłam kolejną promocyjny produkt, tym razem ten kren i kolejny wzięłam w owym gratisie. Tym oto sposobem stałam się posiadaczką 3 kremów;)
Na buteleczce czytamy „Aktywny krem przeciw niedoskonałościom, Nawilżenie 24h”. Oczywiście, niedoskonałości mam, mimo swojego wieku moja cera skłonna jest nadal do trądzika, a i posiadam kilka blizn po tych cholerstwie więc krem jest idealny dla mnie. Po pierwszym użyciu byłam mile zaskoczona – krem przyjemnie pachniał – troszeczkę zalatywał spirytusem ale to naprawdę z początku, łatwo się rozprowadzał i w ciągu kilku minut wchłaniał się.
Delikatnie chłodzi twarz i ją wygładza. Naprawdę po tych kilku minutach kiedy dotykamy swojej twarzy czujemy że nasza skóra jest taka delikatna i aksamitna. Działa natychmiastowo na pojawiające dopiero się wypryski czy podskórniaki – bleee, w kazdym razie znikają raz dwa – no może nie w ciągu kilku minut, ale na następny dzień nie znajdziemy już naszego wroga. Kolejna rzecz dotycząca tego kremu- bardzo długo utrzymuje się na twarzy i świetnie nadaje się pod podkład. Nie powoduje wrażenia tłustej cery, delikatnie ją wysusza i wygadza. Kiedy nakładam sobie przed snem, wstając rano krem nadal się utrzymuje i twarz cały czas jest aksamitna.
Jak już pisałam idealnie nadaje się jako baza pod podkład – ja tak robię i dzieki temu mój makijaż długo utrzymuje się na twarzy i nie spływa.
Skład kremu jest trochę długi i skomplikowany, ale co mo tam przeszkadza skoro jestem w tym kremie zakochana;)

Skład: Aqua/Water, Cyclohexasiloxane, Glycerin, Alcohol Denat., Nylon-66, Hydrogenated Polyisobutene, Amonium Polyacryldimethyltauramide/Amonium Polyacryloyldimethyl Taurate, Acrylates / C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Aloe Barbadensis, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Benzyl Salicylate, Cetyl Alcohol, CI 42090 / Blue 1, Citral, Cucumis Sativus Juice/ Cucumber Fruit Extract, Dimethicone, Disodium Edta, Ethylhexyl Methoxycinnamate, Glyceryl Stearate, Hamamelis Viriniana Extract / Witch Hazel Extract, Hexyl Cinnamal, Hexylene Glycol, Limonene, Linalool, Methylparaben, PEG - 100 Stearate, Phenoxyethanol, Propylene Glycol, Propylparaben, Salicylic Acid, Triethanolamine, Vaccinium Myrtillus Extract/Vacciunium Myrtillus Fruit Extract, Zinc PCA, Parfum/Fragrance (F.I.L. B36335/1).

Osobiście jestem tym produktem zachwycona, nic tak nie działa na moją straszną cerę jak ten krem. Produkt jest bardzo wydajny, jedna buteleczka starcza mi na 2 miesiące – a używam często, pod makijaż, po zmyciu makijażu, i przed snem codziennie. Czyli jakby nie patrzeć używany jest przeze mnie 3 razy dziennie 7 dni w tygodniu. Buteleczka jest bardzo praktyczna, można ją zabrać ze sobą nawet w małej torebeczce, krem jest wyciskany przez pompkę – czyli wyciskamy tyle ile chcemy.
Cena bez promocji za 50 ml to ok 20 zł, jednak często można go spotkać na promocjach za ok 12 zł lub w promocjach kup jeden a drugi za grosz w hipermarketach.

Oczywiście, możecie się ze mną nie zgodzić, bo co człowiek to inna cera i nie do każdej cery ten krem się nadaje. Jednak ja, posiadająca cerę tłustą bardzo tłustą i dziwną bo czasami przesuszoną, do tego delikatną bo wrażliwą i alergiczną – jestem naprawdę zachwycona działaniem tego kremu. Odkąd go używam, moje niedoskonałości są prawie niewidoczne i rzadko kiedy wyskakują mi nowe. Osobiście go polecam bardzo gorąco;) 

sobota, 14 kwietnia 2012

Po pierwsze dla pieniędzy, czyli jak upolować faceta i przygody Stephanie Plum ;)


I po świętach i po urodzinach;) Pojadłam, popiłam – ale nic procentowego;) Wyspałam się ale czas wrócić do rzeczywistości. Jak wiadomo, wszystko musi się kiedyś skończyć;)
Przypomniam też o rozdaniu o tutaj – jeszcze się można zgłaszać;) Ale do tematu:
Dziś chciałam się skupić na filmie. A jakim? - zapytacie. A już mówię;) „Jak upolować faceta? Po pierwsze dla pieniędzy.”

Film obejrzałam z miłą chęcią jako że przygody Stephanie Plum są moimi ulubionymi;) Posiadam wszystkie książki w wersji anglojęzycznej – a jest ich osiemnaście;) Mam nadzieję że dzięki temu że film stał się popularny, w naszym pięknym kraju przetłumaczą resztę 11 tomów.
Film obejrzałam też z chęcią nie tylko dlatego, że jest ekranizacją moich ulubionych przygód wymyślonej bohaterki, ale też ze względu na obsadę aktorską.
Aktorzy – są mi znani, ale chciałam się przekonać czy sprostają moim wyobrażeniom książkowym – i prawdę mówiąc – trafili w samą dziesiątkę. Początkowo miałam troszeczkę mieszane uczucia – ale wiadomo – ulubiona książka, przeleciana przeze mnie tyle razy że prawie znam te przygody na pamięć, bohaterowie w mojej główce też jakoś wyglądają więc ciężko się jest przestawić nagle na ekranizację – ale po pewnym czasie stwierdziłam że wybór aktorów jest bardzo udany;)
O czym jest film? Zapewne kto czytał książki J. Evanovich będzie wiedział, ale dla tych co nieczytali to streszczę troszeczkę tom pierwszy – bo to na jego podstawie powstała pierwsza część filmu – mam nadzieję że nie ostatnia.
Stephanie Plum – w tej roli przepiękna Katherine Heigl – jest rozwódką, której nagle świat staje na głowie. Straciła pracę, tonie w długach, komornik zabiera jej samochód i powoli poluje na mieszkanko, zatrudnia się w biurze swojego kuzyna Vinn'ego. Stephanie zostaje – łowcą nagród. Co to takiego? Dostarcza oskarżonych na policję jeśli Ci nie stawili się w sądzie, za to otrzymuje 10% od wpłaconej przez Vinniego za oskarżonego, kaucji.
Katherine Heigl i Jason O'Mara

Skuszona możliwością szybkiego zarobku, Stephanie przyjmuje pracę i dowiaduje się że Joe Maoelli – w tej roli seksowny Jason O'Mara – chłopak z jej przeszłości, który ją wykorzystał i uwiódł, a w teraźniejszości policjant jest poszukiwany za zamordowanie człowieka. Pomimo tylu lat, kobieta nie zapomniała jak łatwo dała się zbajerować przystojnemy Joe'my więc podejmuje się schwytania go, by się na nim odegrać a przy okazji zgarnąć niezłą sumkę za jego dostarczenie.
Początkowo bohaterka nie ma bladego pojęcia na czym polega ta praca, jednak pod czujmym okiem Rangera – jednego z najbardziej cenionych łowców nagród – w tej roli Daniel Sunjata – powoli zaczyna pojmować o co w tym wszystkich chodzi. Sprawa z pozoru prosta wydaje się mieć drugie dno i tak naprawdę jest o wiele bardziej skomplikowana.

Film, w 100% mnie zadowolił, Stephanie zarówno w książce jak i w filmie została przedstawiona jako troszeczkę roztrzebana i ciamajdowata dziewczyna, która mimo wszystko ma wielkie szczęście. Momentami film rozśmieszył mnie do łez – w szczególności dialog pomiędzy Stefką a Rangerem, kiedy biedna została nago przykłuta kajdankami przez Morellego;) Tekst, jakże krótki, ale ich miny są przezabawne „ I'm bussy, I'm naked, I'll be right there” powalił mnie na łopatki;)
Film jest z kategori komedii kryminalnej – i tak też jest – są mega zabawne momenty – jak ten co opisałam powyżej, ale też dobry wątek kryminalny i tajemnica śmierci oraz zagadka jej rozwikłania.

Jason O'Mara jako Joe Morelli
Może teraz skupię się odrobinkę na aktorach - nie za dużo – ot, troszkę. Katherine uwielbiam, jest dla mnie przepiękną dziewczyną i może nie ma jakiś wielkich umiejętności aktorskich ale dażę ją wielką sympatią od czau jej roli w „Chirurgach”. Rola Stephanie pasuje do niej idealnie, jest wręcz osobą idealną do tej roli – dokładnie tak sobie wyobrażałam Steph – słodką i niewinną a zarazem wredną i mściwą;)
Jason O'Mara – oglądałam z nim jedynie serial Terra Nova – jakoś mnie nie zachwycił, ale w tym filmie nie mogłam oderwać od niego wzroku. Jest cholernie seksowny i gburowaty – czyli dokładnie taki jaki w mojej wyobraźni był Morelli;) Zresztą lubię taki typ urody, więc zakochałam się od razu;)

Daniel Sunjata jako Ranger
Daniel Sunjata – moim zdaniem idealny wybór aktora wcielającego się w rolę Rangera. Na wielu forach czytałam że to jakaś pomyłka i ogólnie, ale zapytam się inaczej – kogo byście sobie wyobrażali jako Rangera? Ranger w książce opisany jest jako ciemnoskóry przystojny mężczyzna ok 35 lat. Może nie „murzyn” ale mulat. Zbyt wielu mulatów w tym wieku a dodatkowo przystojnych nie ma. Daniel idealnie nadaje się do tej roli. Ranger w książce jest taki cichy i tajemniczy- a Daniel sam w sobie taki jest, więc rola idealna dla niego;)
Oczywiście nie można pominąć fenomenalnej babci Mazur która rządzi;) Kobitka pomimo swojego wieku – czuję się w swoim ciele genialnie i czerpie z życia wszystko co najlepsze;)

Film gorąco polecam fanom przygód Stephanie Plum, ale zarówno osobom które chą obejrzeć coś przyjemnego wieczorem. Trochę śmiechu i dobrego kina akcji nikomu jeszcze nie zaszkodziło;) A tym co nie widzieli zapraszam do obejrzenia zwaistuna: 


niedziela, 8 kwietnia 2012

Święta, świętami ale czytanie swoją drogą...


Święta, świętami ale czytać trzeba;) Jako że nauka ta zanika wśród polskiego społeczeństwa – ja nie zamierzam zaprzestać czytania;)
Czytam wszędzie gdzie się da – w łazience, w wc, w kuchni czekając aż się woda zagotuje, w łóżku, przed telewizorem, w autobusach jadąc na uczelnie – tak, czasami jeżdżę autobusami ale naprawdę czasami;) 

Nie przepadam za tłumami i ściskiem – ogólnie rzecz biorąc preferuję swoje własne cztery kółka. Tak więc czytam wszędzie – co za tym idzie tacham zawsze ze sobą dużo książek, bo niewiadomo kiedy dana książka się skończy i kiedy zacznę nową;) Odkąd uległam wypadkowi, nie mogę za bardzo się forsować więc z czasem, z wielkim bólem serca musiałam moją opasną torbę z książkami opróżnić by było mi leżej. Mój Malczik widząc jak cierpię z powodu niemożności posiadania swoich ulubionych książek przy sobie , sprawił mi prezent. Zakupił mi e-czytnik.
Ogólnie bardzo się cieszę że Mój Kochany sprawia mi taki prezent sam od siebie, ale przecież posiadamy tableta więc on też do tej roli się nadaje. Ale Malczik stwierdził że e-czytnik tylko do czytania a tablet swoją drogą.
Tak więc oto jestem posiadaczką e-czytnika. Co mogę o nim napisać?

Owszem, fajne cacko, lekkie a co najważniejsze może pomieścić moje ulubione książki bez obawy że będzie mi ciążyć. Posiada rysik, którym można sobie pomagać i fakt faktem jest naprawdy łatwy w obsłudze. Posiada oprogramowanie w 6 językach wśród nich jest język polski;) Ale to chyba na tyle.
Bo co można więcej napisać o urządzeniu które nazwane jest e-czytnikiem? A, zapomniałam można odtwarzać na nim zarówno muzyke jak i filmy – ale pytanie brzmi po co? Przecież od tego mamy mp3, czy komórki.
I oczywiście jest też mały problem – urządzenie trzeba ładować więc zaszaleć nie zaszalejemy jeśli myślimy że będzie to działało cały czas;)
Tekst można czytać w kilku rozmiarach czcionki i jest możliwość powiększenia jej jeszcze bardziej. Jak pisałam już czytnik jest bardzo lekki – jednak przy dłuższym użytkowaniu i trzymaniu go w jednej ręce zaczyna ciążyć. Co jeszcze mi się w nim podoba – ekram LCD, dzięki niemu wracając wieczorem do domu widze co czytam i nie raźi w oczy, jednak będąc w domu profilaktycznie preferuję czytanie przy świetle by mimo wszystko odciążyć oczy od jasności ekranu.
Jeśli chodzi i baterię – ładuję się ją przez port USB a naładowana starcza na ok 14 tys przewróconych stron. Jednak oglądając film czy słuchając muzyki musimy się liczyć z tym iż bateria pójdzie szybciej – więc nie zaszalejemy prze tydzień na jednym ładowaniu;)
Bardzo się cieszę z tego porezentu i jest naprawdę dla mnie wielkim zbawieniem gdyż bardzo mnie odciąża, to mimo wszystko preferuję jednak zapach prawdziwej książki, dźwięk przewracanych kartek, Książka to książka – nic tego nie zmieni, i pomimo że czytnik jest naprawdę bardzo fajny to w domu z chęcią sięgam po wydanie kartkowane;)

Jeśli jednak chcecie zakupić sobie takowy czytnik – to najtańszy znajdziecie na stronie empik.com.
Cena nie jest wygórowana i jak na czytnik jest bardzo dobry;)

piątek, 6 kwietnia 2012

Wesołych Świąt;)


"Beczy w trawie baraneczek, nawołując wniebogłosy,
Życzę zdrowia i radości Wam z okazji Wielkiej Nocy
i dyngusa mokrutkiego, by Wam szczęscie dopisało,
by rodzinne święta były, by Wam nic nie brakowało."



czwartek, 5 kwietnia 2012

Pierwsze rozdanie;)


Tak jak obiecałam tak też zrobiłam;)

Może i blog nie ma wielu obserwatorów, jednak zawsze ktoś zagląda i dzięki temu pyknęło mi 2 tys wyświetleń za co dziękuję, bo blog ma dopiero niecałe 4 miesiące – i z tejże okazji organizuję pierwsze rozdanie/konkurs;)

A co jest do wygrania?
Może nie dużo – ale zawsze coś;)



  1. Piękna nowa opaska, ozdobiona niebieskimi piórkami
  2. Nowy pierścionek „kocie oczy” koloru różowego na dwa paluszki
  3. Nowy pierścionek kolorowe oczko
  4. Naszyjnik z regulacją
  5. Nowy czarny lakier do paznokci
  6. Nowa szminka koloru błyszczącego brązu/ rudego;)


Co należy zrobić by owy zestawik trafił w Wasze ręce? Chyba nie będzie to dla Was nic nowego, a może;)

  1. Musisz być publicznym obserwatorem mojego bloga.
  2. Nie mam facebooka – więc zwalniam Was z tego obowiązku, za to – musicie dodać u siebie osobny post informujący o tym rozdaniu i dodać go do informacji w basku bocznym.

Dużo nie trzeba zrobić? Prawda?

W komentarzu potem piszecie:
  • obserwuję jako:
  • i link do wpisu informującym o rozdaniu;)

Konkurs trwa od dziś 5 kwietnia do 26 kwietnia do północy;)
Wyniki podam 27 no może 28 kwietnia;)

środa, 4 kwietnia 2012

Mallcziki - Perfekcyjna Pani domu;)


Przygotowania do świąt wielkanocnych ruszyły pełną parą zarówno i u mnie;) Tak więc od wczoraj pucuję swój dom na błysk – można tak powiedzieć. Dziś zostały mi jedynie podłogi i można się wyłożyć brzuchem do góry;)
Wpadłam więc na pomysł – że dziś post będzie typowo inny – nie recenzujący książkę czy film – co jest moim głównym celem. Nie recenzujący kosmetyk - bo i takie się posty u mnie pojawiały. Będzie to post o kilku trikach pomocnych w sprzątaniu, takie małe triki i wskazówki jeśli ich nie znacie, a które są bardzo pomocne.
Tak więc Malcziki zamieni się dziś w Perfekcyjną Panią Domu;)

TRIK NR 1 – okna.

Nie wiem jak z oknami u Was – ale moje strasznie szybko się brudzą. Ze względu na to że salon i sypialnię mam od strony ruchliwej ulicy, to te okna często wyglądają jakby w domu wybuchła mi bomba, bo dosłownie mało co przez nie widać;)
Dlatego też zamiast typowego spryskiwacza do okien typu Clin czy Ajax – robię własną mieszankę.
Do litra zagotowanej i przestudzonej wody wlewam 2 pełne kubki typowego polskiego octu spirytusowego i 3 łyżki sody. Owszem początkowy smród jest nie do zniesienia – ale za to okna błyszczą;)
Mieszam to wszystko i przelewam do jakiegoś pudełka ze spryskiwaczem i psikam to na okna.
Pozostawiam na dosłownie 30-40 sekund, spsikuje okna raz jeszcze i zmywam bawełnianą szmatką. Nie trzeba tych zabrudzeń trzeć nie wiadomo jak, bo soda z octem wyżerają go;) Potem docieram okna na połysk używająć już zwykłego płynu do okien;)




TRIK NR 2 – baterie łazienkowe/kuchenne.

Jako że jestem z Rzeszowa, a woda u nas bardzo ciężka, więc na bateriach łazienkowych czy kuchennych osadza mi się taki dziwny osad, co bardzo nieładnie wygląda. Nazywam to łazienkowym liszajem.
Co zrobić by się tego pozbyć? Na watę – dość duży odcinek wlewamy ocet – też ten spirytusowy i okładamy tę baterię w miejscach gdzie jest ten osad. Kiedy już ładnie wata przylega nam do baterii, polewany jeszcze trochę octem i zostawiamy na 10-15 min. Po tym czasie ściągamy i docieramy tam, gdzie ten osad jeszcze jest. UWAGA! Nie pomoże jeśli baterie są strasznie zapuszczone – możecie spróbować Coca – Colą;)
Oczywiście potem, spryskuję Cillitem Bang, zmywając smród octu i czyszcząc baterię do końca;)








TRIK NR 3 – nieprzyjemny zapach z butów.

Chyba każdy z Nas ma w domu jakieś buty, które pomimo wielu strań, dbałości o nie, po ściągnięciu wydzielają nieprzyjemny zapach. Nazywam takie buty „chińskimi tandetami”. Sama posiadam 3 takowe pary, są to buty które mam tylko po to żeby gdzieś szybko wyskoczyć, czy do warzywniaka, czy wyrzucić śmiecie – w miejsca gdzie stroić się nie trzeba. Mimo że są rzadko używane to fetor z nich wylatuje niezły. Co zrobić?

Zapewne każda z Nas w szufladzie ma kilka par skarpet dziurawych, lub nie do pary. Bierzemy jedną skareptochę, przecinamy ja na pół, tą stonę która ma dwie dziurki wyrzucamy bo jest niepotrzenba, a w drugą która ma jeden dół wsypujemy herbatę [ najlepiej liściastą] z domieszką np. anyżu, goździka, suszonych kwaitów, kompozycja zapachowa jaka się podoba. Dodajemy też mały kawałek bawełnianej chusteczki namoczonej w kilku kropelach olejka eterycznego. To wszystko związujemy na supełek, albo zszywamy i wiążemy piękną kokardę. Wkładamy do śmierdzących bucików i zapach znika;) Zawarta w naszym woreczku herbata, wciąga nieprzyjemne zapachy do siebie;)





TRIK NR 4 – zaschnięte plamy, które ciężko odczyścić.

Chodzi mi tu głównie o plamy na blacie, kuchence w piekarniku. Mój Malczik czasami gotując lubi chlapać po całej kuchence, zapominając od razu to zmyć, plama zasycha. Ale ja i na to mam sposób;)
5 czubatych łyżek sody oczyszczonej zalewam ociupinką tego śmierdzącego octu spirytusowego i mieszam do uzyskania papki;) Tą papkę nakładam na te zaschnięte plamiska i czekam – do 5 minut- pozwólmy sodzie zacząć działać;) Po 5-10 minutach, ścieramy tę papką razem z naszą zaschniętą plamą. Jej resztki, można łatwo zetrzeć ściereczką. Na sam koniec, czystą już płytę kuchenną czy blat spryskujemy jakimiś specyfikami którymi czyścicie swoje kuchnie, by pozbyc się zapachu octu;)


TRIK NR 5 – przypalone garnki

Raz w życiu, udało mi się coś przypalić. A co za tym idzie przypaliłam też cały garnek. Jako że był to jeden z moich ulubionych nie miałam serca go wyrzucić.
Co należy zrobić?
Do garnka nalewamy Coca – Coli – tak żeby przykryło dość dobrze nasz spalony spód, dodajemy kikla łyżek sody oczyszczonej i gotujemy;)
Potem wylewamy i szorstką strona gąbki ścieramy to co nie udało się wygotować, a to co się udało bez problemu nam odejcie bez mocnejszego szorowania.


Jeśli macie jeszcze jakieś problemy a nie możecie sobie z nimi poradzić – piszcie - coś może zaradzimy;) Może mam jakiś trik który pozwoli Wam się pozbyć niechcianego gościa, a którego nie napisałam. Bo mam ich jeszcze sporo, ale napisałam 5 takich, które są najbotrzebniejsze, bo te rzeczy najczęściej się przytrafiają.

Mam nadzieję że choć torchę pomogłam;)
Już jutro zostanie rozpisany konkurs – więc zapraszam;)

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Weekendowy maraton filmowy


Jak już stało się tradycją i tym razem pod koniec weekendu pojawia się u mnie notatka o weekendowych filmach, które wraz z Malczikiem obejrzeliśmy.
W tem weekend postawiliśmy na polskie – a jak dobrze wiemy polskie nie zawsze znaczy dobre, więc niektóre recenzje nie będą pochlebne. Niektóre filmy zaserwowano nam w telewizji, niektóre obejrzeliśmy z tak zwanego wkładu własnego;)

Na pierwszy ogień poszła głośna jedna z nowszych – no może nie taka nowość, ale z tamtego roku komedia – seriously?! Komedia?! pt ”Wyjazd Integracyjny”.
Śmietanka polskich znanych nazwisk – Karolak, Frycz, Kot, Figura, Glinka – zapowiadają się ciekawie – jednak prawda dotycząca tego filmu jest nieco inna. Brutalna.
Film jest jednym słowem beznadziejny – w sumie prawdziwy ale cóż ja poradzę że aż tak głupi że aż nie fajny?
Jak napisałam wcześniej – ukazuje nam prawdę takich wyjazdów integracyjnych i przedstawia nam jak ludzie zachowują się po kilku głębszych, ale na Boga – nie dało rady jakoś lepiej tego ująć?
O czym jest film? A już szybciutko tłumaczę: Firma zajmująca się produkcją lodów wybiera się na wspólny wyjazd integracyjny. Rozpoczyna się on już w autokarze gdzie wszyscy zalewają się w przysłowiowe „trzy dupy”, po czym balanga przenosi się do hotelowych pokojów i na korytarz.
Szkoda tylko że tak dobrzy polscy aktorzy, zgodzili się w tej dennej produkcji zagrać. Ja potrafię zrozumieć wiele – każdy z nich ma rachunki do opłacenia, rodzinę na utrzymaniu, i jak wiadomo pieniądze nie śmierdzą, ale czy w polskim kinie jest aż tak źle żeby Frycz paradował w satynowej sukience?
Do tego wszystkiego okropny soundtrack – z całego filmu jedynie na piosence „Bania u Cygana” się uśmiechnęłam bo przypomniały mi się stare przyjemne lata. Już sam singiel Kombii promujący tę piosenkę - jest tak debilny że szkoda słów – a po tym zespole oczekiwałam czegoś lepszego. Wystarczy posłuhać i obejrzeć teledysk by zrozumieć poziom finezji tejże piosenki. „ To jest integracja ,zabawa na maxa” a w tle widzimy trójkę starszych osobników w wielku ok 80 lat, którzy kradną ze sklepu alkohol i w domowym zaciszu dają czadu – seriously?!
Film jest zrobiony nieprofesjonalnie, wygląda on jak nakręcony przez amatora, który nie ma bladego pojęcia jak łączyć ze soba kadry, jak płynnie przejść z jednego do drugiego ujęcia.
Dialogi – były tak głupie że nawet nie śmieszyły – dosłownie. Scenariusz może miał i fajny zamiar, ukazanie zapoznania się pracowników ze sobą, jednak wykonanie przygniotło całość.

Kolejnym polskim filmem jaki obejrzeliśmy, była zaserwowana przez TVN komedia „ To nie tak jak myślisz kotku”
Serio – ja nadal po jej obejrzeniu nie wiem co myśleć Kotku. Sieć kłamstw jaką nam zaserwowano w tej komedii nawet na samym końcu nie idzie zrozumieć jeśli się nie załapało od początku.
Tu muszę przyznać że film jest tak skonstruowany by wysilić mózgownicę przeciętnego widza, który musi nadążyć za siecią kłamstw która w tym filmie jest na pierwszym planie – w innym przypadku film okaże się beznadziejny. Jest to film który można określić mianem „ humoru abstrakcyjnego” - bo ciężko nadążyć za wzmiankami czyim bratem, siostry męża żoną jest ta i ta osoba;)
Film opowiada nam o małżeństwie - Państwu Hoffmanów, które z pozoru szczęśliwe w głębi każde z nich ma kochanka i stara się przed drugim to ukryć. Niefortunnie spotykają się w tym samym hotelu. W hotelu też melduje się asystent Pana Hoffmana, który czeka na przyjazd swojej narzeczonej z ojcem. Małżeństwo wciąga w swoje intrygi biednego asystenta, który przejmując pałkę pokazuje swojemu pracodawcy że w sprawach kłamstw, uczeń przerósł mistrza.
Komedia jest tak zakręcona – że momentami niezrozumiała, dlatego też niektórzy widzowie jeśli zgubią wątek – szybko go już nie odzysakją i na sam koniec stwierdzą że film jest beznadziejny.
W rolach głównych oczywiście sama śmietanka polskiej kinematografii - Jan Frycz, Kasia Figura, Tomasz Kot i wyśmienita rola kabareciarza Jacka Borusińskiego. Osobiście mi się podobał, choć widziałam lepsze filmy – ten jednak wspominam przyjemnie.


Trzecim filmem była komedia romantycza, zaserwowana przez TVP2 - „Miłość na wybiegu”.
Film z Malczikem oglądaliśmy w dniu jego premiery w kinie – a to tylko ze względu na grającą w nim Karolinę Gorczycę – która jest naszą wspólną znajomą z młodszych lat i z naszego rodzinnego miasta. Pamiętam jeszcze zanim poznałam mojego Malczika, to miałam taki epizod w swoim życiu że moją druga połówką był brat Karoliny;) Niestety nasza miłość wygasła a ja poznałam Malczika;)
W każdym razie z chęcią obejrzeliśmy powtórkę w telewizji. Historia bardzo banalna a zarazem bardzo nierealna. Młoda dzewczyna przyjeżdża do Warszawy na egzaminy na studia, które oblewa. Nagle na swojej drodze spotyka łowczynię modelek i jej kariera nabiera tempa, w ciągu kilku tygodni staje się najbardziej sławną i rozchwytywaną modelką. Oczywiście nie możemy też zapomnieć o wątku miłosnym. Na drodze Julia, spotyka przystojnego fotografa w którym się zakochuje ze wzajemnością. Jedynym problemem jest fakt iz jej ukochany jet chłopakiem jej pracodawczyni.
Film całkiem przyjemny, choć zagrany bardzo sztucznie. Momentami miałam wrażenie że aktorzy na „odczep się” zagrali. W szczególności Pan Dorociński. Widać że nawet się nie stara – ale cóż, głowy mu za to nie odetniemy.
Oczywiście nie można pominąć faktu iż widoki z wyjazdu Julii i Kacpra są piękne. Aż chce się samemu wskoczyć do samolotu i polecieć do ciepłych krajów.

Na zakończenie chciałam przypomnieć że gdzieś na dniach zostanie ogłoszony konkurs – więc możecie czekać;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...