sobota, 31 marca 2012

Przygoda na jedną noc - Catherine Townsend

Dobrze że padało, bo norlamlnie susza by nas wykończyła;) Naprawdę;) Tak sobie dziś myślałam, że czas najwyższy jakiś konkursik zrobić;) I tak też poczynię w przyszłym tygodniu;) Nagroda już jest, tak więc powoli można się szykować;) Ale wracając do tematu – dziś jest nim książka Pani Catherine Townsend pt. „ Przygoda na jedną noc”.

Książkę zakupiłam już dawno, bodajże nawet w dniu jej Polskiej premiery, gdyż z tego co mówiono - książka była fenomenalna. W Stanach się nią zachwycano, nawet moja koleżanka hamerykanka gorąco mi ją polecała. Więc skusiłam się. Początkowo chciałam przeczytać w oryginale, jednak okazało się że na dniach ma wyjść polskie tłumaczenie, więc te kilka dni poczekałam. Co moge napisać?

Może zacznę od reklamy tejże książki : „ Miejscami ocierająca się o pornografię, miejscami satyryczna książka przedstawia beznadzieje poszukiwania seksu i miłości, a najlepiej obydwu naraz. To opowieść o kobiecie, która w poszukiwaniu tego jedynego (…) przenosi się z łóżka do łóżka (…). Wszystko to następnie opisuje w dowcipnych felietonach.”
Pamiętając książkę Belle de Jour, która notabene bardzo mi się podobała, zachętami wydawców i koleżanki, skusiłam się na jej zakup.

Pierwsza rzecz, która wpadła mi w oko, był sam tytuł . Zacznijmy od tego, że przetłumaczony tytuł jest kompletnie nietrafiony. W oryginale brzmi on „Sleeping around”, co znaczy potocznie - puszczając się – co o wiele bardziej odzwierciedla treść książki. Mimo wszystko, zabrałam się za czytanie, już z samego początku coś mi się nie podobało, coś sprawiało że bardzo często od niej odchodziłam, czytałam ją na raty. Bardzo często zapominałam co wcześniej przeczytałam. Książka zabarwiona życiem erotycznym głównej bohaterki, która szczegółowo opisuje swe podboje miłosne, jednak prócz owych opisów nie jest porywająca a czasami wręcz przewidywalna i nudna.
Książka dokładnie zapoznaje nas z różnymi rodzajami seksu i innych zboczeń, a bohaterka nie szczędzi nam opisów swojego barwnego życia seksualnego. No cóż się dziwić – chyba tylko dzięki temu książka zdobyła tak wielki rozgłos, bo prawdę mówiąć nic innego w tej książce nie dałoby takiego efektu. Jedynym fajnym akcentem w tej książce są urywki owych felietonów pisanych przez autorkę. Bo prócz seksu książka dla mnie nie ma żadnej fabuły a o akcji już nie wspomnę. Nie jest sztuką opisać swoje podboje miłosne, jednak trzeba nawet to zrobić tak, by czytelnika pobudzić, by jego wyobraźnia zaczęła działać. W moim przypadku tak nie było – to co przedstawiano mi na każdej kolejnej stronie powodowało u mnie nudy i można rzecz – zniesmaczenie. Zamiast skupić się na książce, w mojej głowie pojawiały się różne myśli, poczynając od tego co dziś na obiad, na planowaniu kolejnego dnia kończąc.

Miałam dziwne wrażenie że poprzez tę książkę, chciała usprawiedliwić swoje zachowanie, swoją rozwiązłość. Publikując tę książkę chciała pokazać wszystkim że jest seksualnie wyzwolona i może zachowywać się jak niektórzy Panowie. Przechwala się swoimi podbojami bez żadnego skrępowania, a wręcz z dumą. Dla czytelnika świadomość tego że ta książka nie jest fikcją literacką a najprawdziwszą prawdą i autorka jest dumna ze swojego „ dziwkarskiego” stylu życia, napawa go obrzydzeniem. A przechodząc na ostatnią stronę książki i oglądając zdjęcie autorki to widzi się „ dziwkę” z „ kurwikami w oczach”.
Najdziwniejsze jest to, że niektórzy są w stanie ją podziwiać za to co robi, oby tylko nie za bardzo się do niej przypodobali.

Jednym słowem – zmarnowane 28 zł, na dosłownie obrzydzający badziew. Szkoda czasu na lekturę tego czegoś, czego bym książką nie nazwała.. A na pewno nie książką o nowoczesnej kobiecie poszukującej tego jedynego.

piątek, 30 marca 2012

Drzwi do piekła - Maria Nurowska

Pogoda dziś nas nie rozpieszcza. Deszcz z okropnym śniegiem oraz burze jakoś mnie nie radują. Jako że nigdzie wyjść się nie dało, skupiłam się na prasowaniu, jednak oczywiście po godzinie poprzestałam;) Myślałam nad porobieniem aukcji na allegro, jednak i tu ogarnęła mnie jakaś niemoc;) Cóż, taka pogoda;) Ale jedno jest pewne – dziś na 100% pojawi się tu recenzja;)

Najbardziej skandalizująca opowieść Marii Nurowskiej!
Życie, które stało się piekłem. Piekło ,w którym odnajdziesz miłość.” - tak reklamowana jest ta książka. Dlatego też z chęcią po nią sięgnęłam, i muszę przyznać że ksiżąka jest naprawdę ciekawa i wstrząsająca. Nie można przejsć do codzienności o tak, po prostu po przeczytaniu tej książki.Zostawia ona ślad, jakieś znamie na duszy czytelnika. Książka autentyczna i wyraźna w swej formie a co najważniejsze – jest inteligentna.
Maria Nurowska to znana polska powieściopisarka i nowelistka. W 2012 roku ukazała się jej najnowsza powieść „ Drzwi do piekła”. Od razu została okrzyknięta najbardziej odważną i skandalizującą książką w dorobku Pani Marii. Oczywiście nie mogłam się oprzeć i sama zakupiłam jeden egzemplarz.

Główną bohaterkę Darię – poznajemy w więzieni, gdzie odsiaduje swój wyrok za morderstwo swojego męża. Została skazana na 8 lat. Czy można ją nazwać wyrodną żoną? Złą kobietą? Nie. Im dalej zagłębiamy się w lekturze, tym bardziej poznajemy życie i pobudki Darii. Daria to zagubiona osoba, którą życie nigdy nie rozpieszczało. Jej dzieciństwo naznaczone jest cierpieniem, brakiem rodziców. Jednak wszystko się zmieniło kiedy jako dwudziestoletnia dziewczyna poznaje swojego przyszłego ukochanego- redaktor aczasopisma. Starszy i dojrzalszy mężczyzna, szybko zawrócił Darii w głowie.- i stało się. Wzięli ślub, ale los i tym razem nie był dla niej łaskawy.
Główna bohaterka nie potrafiła odnaleźć w roli małżonki,dlatego też zamienia małżeństwo w perwersyjną, literacką grę, szukając w niej spełnienia i potwierdzenia - do chwili, gdy gra wymyka jej się spod kontroli.

Jest to bardzo dobrze napisana powieść o sekretach i zakamarkach kobiecej duszy. Pokazuje, że po okropnym czynie można się pozbierać i spojrzeć na wszystko w innych kategoriach. Powieść Pani Nurowskiej pełna jest kontrastów- miłość i nienawiść, ból i ulga, radość i cierpienie, lęk i odwaga, bezsilność i siła. Emocje aż kipią i cała opowieść od nich tętni. Nie sposób nie wczuć się w sytuację bohaterki i wraz z nią przeżywać kolejne etapy.

W „Drzwiach do piekła” szczególnie urzekła kreacja głównej bohaterki, która, chociaż momentami budzi nasze współczucie, nie jest do końca dobrą osobą. Nie zapominajmy, że z premedytacją zabiła swojego męża,sama sprowokowała los - pozwalając mu - Edwardowi na kontrolowane zdrady, że jest winna i sprawiedliwe jest to, że ponosi konsekwencje swoich czynów.

Wspomnieć też należy że autorka, materiały do powieści zbierała w więzieniu dla kobiet – i autentyczność tejże wiadomości czuć podczas czytania.

Jedynym minusem tej książki moim zdaniem – jest brak rozdziałów. Jako że mam dużo obowiązków domowych , więc czasami czytam książkę na tak zwany „doskok” czyli do końca rozdziału. Tu niestety nie było mi to dane. Musiałam sama wybrać miejsce w którym zakończę swoją przygodę z tą powieścią, by skupić się na swoim życiu prywatnym.Kolejnym minusem w książce jest brak wyraźego zaznaczenia przeskoku z teraźniejszości do wspomnień głównej bohaterki, co spowodowało że kilka razy zdarzyło mi się zgubić wątek. Jednak pomimo tych niedogodności, książka jest warta przeczytania.

czwartek, 29 marca 2012

Isana Body Roll - On

Czasami na moim blogu pojawia się jakaś recenzja kosmetyczna, tak jest i tym razem;)
Dziś chciałam co nieco napisać o wygładzającym lotionie do ciała w kulce. Zakupiłam go sobie w Rossmanie za notabene 3,50 zł;) Kocham rossmanowskie promocje;) Długo się nad zakupem zastanawiałam, nie z powodu że jest drogi – bo na Boga – wcale nie jest, ale nad jego skutecznością. Na koniec końców znalazł się w moim koszyku i nie żałuję;)

Isana Body Roll – On – bo takową nazwę ten produkt ma. Przede wszystkim podoba mi się opakowanie z roll on' em, który masuje skórę w trakcie uzywania produktu, a dzięki takiemu masażowi poprawia się wygląd skóry. Ma bardzo miły i orzeźwiający zapach, który idealnie sprawdzi się w lecie. Po namiesieniu żelu, kuleczką na uda czujemy początkowo bardzo miłe chłodne masowanie – sprawdzynią jest owa przyjemna kuleczka. Zapach – zapewne wiele z Was o niego spyta. Zapach jak pisałam jest bardzo orzeźwiający przypomina zapachem trawę cytrynową.

W pierwszym wrażeniu wydawał się zostawiać klejącą warstwę, która jednak po około niecałych dwóch minutach ustąpiła uczuciu napiętej i jędrnej skóry. Skóra staje się gładasza niemalże natychmiast. Przez pierwszy tydzień stosowałam go dwa razy dziennie dokładnie to na uda i pośladki, więc w takim tempie jeden roll on wystarczył mi na półtora tygodnia – gdyż balsam ma tylko 50 ml pojemności.
Już po kilku dniach zauważyłam zdecydowaną różnicę co do jędrności, elastyczności i gładkości skóry.Obecnie używam go raz dziennie, po wieczornej kąpieli. Miło chłodzi skórę, łatwo się rozprowadza, szybko wchłania i co najważniejsze - efekt utrzymuje się nie tylko do rana, ale przez cały następny dzień do wieczora.
Muszę przyznać że może tylko w moim odczuciu, może tylko u mnie – jednak moje rozstępy po jego stosowaniu zaczeły powoli zanikać.
Oczywiście po pierwszym użyciu pobiegłam do Rossmana po kilka kolejnych roll on'ów by mieć w zapasie.

Skład: Aqua, Alcohol Denat., Butylene Glycol, Propylene Glycol, Glycerin, Caffeine, Carbomer, Sorbitol, Parfum, Menthol, Hydroxyethylcellulose, Sodium Lauriminodipropionate, Maltodextrin, Sodium Hydroxide, Actinidia Chinensis Fruit, Citrus Grandis Extract, Phenethyl Alcohol, Alcohol, Disodium Rutinyl Disulfate, Pyrus Malus Juice, Pyrus Malus Fruit, Ginkgo Biloba Extract, Aesculus Hippocastanum Extract, Lactic Acid, Glucose, Rutin, Naringin, Phenoxyethanol, Citric Acid, Neohesperidin Dihydrochalcone, Sodium Benzoate, Methylparaben, Potassium Sorbate, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben

Cena bez promocji: 7 zł/ sztuka

poniedziałek, 26 marca 2012

Weekendowy maraton filmowy

I po weekendzie;) Dla mnie to jeden z pierwszych prawdziwych wolnych od nauki weekendów;) Oddałam już indeks w pizdiet i mam wolne;) Jako że mam też indywidualny tok nauczania, to mogę się do bólu w trakcie tygodnia wylegiwać. Chociaż czy ja wiem czy tak leżeć będę, głównie będę na rehabilitacjach, no ale po nich będę leżeć;)
Jak na weekend przystało z Malczikiem urządziliśmy sobie maraton filmowy. Ale tylko wieczorami;) W dzień jest za ładna pogoda żeby gnić w domku;) W dzień spacerowaliśmy, nawet chodziliśmy po galeriach i się obkupialiśmy w nowinki ubraniowe jak i kilka książek;) Stosik książkowy rośnie i czeka na swoją kolej. Teraz jak mam wolne od nauki, to mogę się zabrać za zaległe książki i szybko to nadrobię;)

Na pierwszy ogień poszła pierwsza część Sagi Zmierzch „ Przed Świtem”.
Książkę czytał chyba każdy, nie wykluczając ani mnie, Malczika i naszych rodzin, nawet moja 76 letnia Bunia je czytała. Z Malczikeim oglądneliśmy wszystkie części, czwartą dopiero obejrzeliśmy teraz, a to dlatego że nie mieliśmy wcześniej czasu.
Film muszę przyznać jest zrobiony bardzo profesjonalnie, moim zdaniem od III części zdjęcia są genialne. Poszczególne ujęcia, kadrowanie i wszystko inne tak ze sobą współgra że całość filmu ogląda się przyjemnie. I muszę przyznać że ta część ma najlepszą ścieżkę dzwiękową. Muzyka działała na mnie okropnie. Fabuły opisywać nie będę bo każdy z nas wie jaka jest. Odtwórca roli Edwarda – słwany już Robert Pattison i jego wybranka serca Bella – Kristen Stewar, pobierają się i wyjeżdżają na miodowy miesiąc, który szybko się dla nich kończy gdyż okazuje się że Bella jest w ciąży. Ciąża, ta jest dla niej niebezpieczna. Nikt nie wie „ z czym” Bella jest w ciąży, bo że to będzie dziecko to chyba nikt nie ma zastrzeżeń. Jednak czy to będie małe wampirątko? Wilczątko? Potworątko? Nikt nic nie wie.






O ile początkowo film był naprawdę przyjemny, ot tak lekki i przyjemny – można rzecz sielanka. Młode małżeństwo zakochane w sobie wspólnie spędza czas, śmieją się wygłupiają, kochają. To pod koniec film robi się straszny. Nie żebym się brzydziła czy coś,ale serio niektóre momenty były okrutne. Chwila gdy Belli strzela kręgosług, gdy łamią się kości. Scena porodu cała krwawa – trochę mną wstrząsnęła. Jak pisałam nie że to obrzydliwe czy coś – po prostu to jest tak precyzyjnie ujęte nakręcone że aż ciężko uwierzyć. Co mogę więcej powiedzieć, a już wiem... Pani Stewart poprawiła swoją grę aktorską. No dobrze, może to nie jest jeszcze wspaniała gra, ale o wiele lepsza niż w trzech pierwszych częściach, gdzie miała jeden wyraz twarzy, zawsze rozdziawioną gębę i idiotyczny wyraz twarzy, który powodował że wyglądała jak dziecko specjalnej troski. W tej części – coś się ruszyło, wyraz twarzy zniknął i momentami można było dostrzeć różne oblicza, różne miny pani Kristen. Co mogę rzecz na temat gry aktorskiej Pattisona – prawdę mówiąc niewiwle, bo charakter w jaki się wciela ma być taki nieśmiały, wycofany, zapatrzony w swoją wybrankę i pan Pattison taki jest. W sumie, jakoś mnie nie drażni jak to robi jego koleżanka z planu.
A i muszę Wam powiedzieć że czekałam na scenę kiedy to Bella zobaczyła Edka w blasku księżyca, w wodzie – w książce było to tak opisane, tak działało na wyobraźnię jednak jeśli chodzi o film zawiodłam się. Chude ciałko Roberta w świetle księżyca wywołało u mnie atak śmiechu.
Ogólnie rzecz biorąc – film jest wyreżyserowany po mistrzowsku, nic mu nie mogę zarzucić, dobra robota – jeśli chodzi o fabułę to wiadomo rzecz gustu. Gdyby nie książka zapewne nie obejrzałabym tego – bo nie interesowało by mnie to. Nawet jeśli nie jesteście fanani sagi Pani Meyer – to naprawdę polecam obejrzeć ekranizację książek – bo naprawdę reżyserzy odwalili kawał dobrej roboty.

Kolejnym filmem jaki obejrzeliśmy była komedia „ Ilu miałaś facetów?” Chcieliśmy coś lekkiego i przyjemnego, coś na odmóżdżenie. Więc padło na komedię.
Główną bohaterkę tej komedii zapewne większość z nas kojarzy z filmu „Strszny film”, w każdym razie tak było ze mną.
Komedia jak komedia, momentami głupia że aż śmieszna innym razem naprawdę śmieszna.
O co chodzi? Główna bohaterka Ally czyta artykuł z którego wynika że kobiety które miały 20 partnerów lub więcej, mają większą możliwość na pozostanie samotymi do końca życia. Ally robi szybki przegląd swoich kochanków i okazuje się że jej lista jest prawie na wykończeniu – 19 kochanków. Przestraszona dziewczyna boi się że do końca swojego życia pozostanie samotna. Poprzysięga sobie, że lista pozostanie zamknięta i z pomocą przystojnego sąsiada postanawia odnaleźć byłych facetów,by przekonać się, czy któryś z nich nie jest "tym jedynym".Oczywiście należy przyznać że tych dwoje ma się ku sobie. Komedia nawet fajna, jednak strasznie denerwowała mnie mimika głównej bohaterki. Cały czas przed oczami miałam głupią blondynkę ze Scary Movie.Głupi wyraz twarzy i szczękościsk. W sumie to nie jej wina że taki ma wyraz twarzy. Ogólnie mówiąc, film śmieszny że aż głupi momentami, jednak trzeba przyznać że da się go obejrzeć bez alkoholizowania się;)
Mam nadzieję że przybliżyłam Wam co nieco o tych filmach - teraz co czy je oglądniecie zależy od Was - bo oczywiście są gusta i guściki;)

Teraz wybaczcie - idę pospacerować;)

czwartek, 22 marca 2012

Mydełko węglowe;)

Ekspertem kosmetykowym to ja nie jestem, zamiast tego wolę książki czy filmy – ale nie żebym była leniwa, nic z tych rzeczy;) Jak każda kobieta uwielbiam kosmetyki jednak ograniczam się do minimum – czyli do tego co mi jest potrzebne. Nie posiadam ogromnej palety cieni do powiek – bo ich nie używam, nie posiadam skrzynki szminek – preferuję błyszczyki bezbarwne i jeśli chodzi o szminki ograniczam się do kilku sztuk w tym czerwonego, miodowego i cielistego koloru;)
Kosmetyczkę mam skąpą – kilka korektorów, podkładów dwa pudry w kamieniu i róż – tyle mi potrzeba. Do tego maskara i kredka i jestem gotowa;) Jak napisałam ograniczam się do minimum – wolę naturalne piękno – choć pięknością nie jestem;)

Jednak muszę przyznać że jestem uzależniona od kosmetyków pielęgnacyjnych poczynając od włosów na stopach kończąc. Jako że moja twarz błyszczy się jak przysłowiowe „ psu jajka” więc zakupuję wiele kremów i innych specyfików któe mają na celu niewelowanie tego;) Namówiona przez koleżankę Kosodrzewinkę – skusiłam się na zakup mydełek z mydlarni TULI . I powiem Wam że, moje zakupy na tym się nie zakończą, zamierzam częściej tam wracać;)

Na pierwszy raz zakupiłam sobie mydełko kokosowe i węglowe. W gratisie dostałam jeszcze czekoladowe – było mi bardzo miło i gorąco za ten gratisik dziękuję;)
Ale skupię się na opisie mydełka węglowego – które jako pierwsze poszło w ruch.

Na stronie mydlarni opisane jest następująco:
Niewątpliwie numer 1 naszej "kolekcji" ! Zawarty w mydle węgiel aktywny ma niezwykle silne działanie oczyszczające. Otwiera pory i oczyszcza je, usuwa toksyny, zanieczyszczenia i martwe komórki naskórka. Doskonale łagodzi podrażnienia i przyspiesza gojenie zranień. Usuwa nieprzyjemne zapachy. W mydle węgiel zachowuje swoje własności co umożliwia usuwanie toksyn, bakterii z powierzchni, a nawet z głębszych warstw naskórka. Działa przeciwzapalnie, przeciwbakteryjnie, przeciw-wirusowo. Systematycznie stosowane rozjaśnia skórę (działa także na przebarwienia pigmentacyjne).

Co napiszę od siebie? Jestem bardzo zadowolona! Jak już pisałam cera na mojej twarzy jest tłusta, dosłownie tłusta – jak to mówi mój Malczik „ błyszczysz się jak psu jajka”. Oprócz tego pomimo swoich 25 lat na karku, mam też cerę skłonną do trądzika. To mydełko idealnie pasuje do takich problemów. Mydełko stosowałam przy każdej okazji, po przebudzeniu się kiedy przemywałam twarz, kiedy zmywałam makijaż – zaraz potem przemywałam twarz i oczywiście mydełko poszło w ruch, przed snem, przy każdej kąpieli i prysznicu – więc mydełko które powinno wystarczyć na miesiąc u mnie wytrzymało tylko półtora tygodnia;) Ale nie żałuję, bo twarz po użyciu, przestała się świecić, trądzik zaczął znikać, pojawiał się sporadycznie jednak po kolejnym użyciu mydełka „ umierał śmiercią naturalną”. Twarz była świetnie osuszona, nie wysuszona – nie mylić – oszuszona, nie błyszczała się. Jeśli po użyciu mydełka użyło się od razu korektora i podkładu oraz pudru makijaż trzymał się bardzo długo i nie „spływał”.

Skład mydełka do najprostszych nie należy – ale ja tam chemikiem nie jestem więc dla mnie każde takie składniki to czarna magia;) Ale wypiszę:
Skład mydełka: Sodium Olivate, Sodium Cocoate, Aqua, Sodium Palmate, Sodium Castorate, Sodium Shea Butterate, Sodium Rice Branate, Sodium Almondate, Sodium Cocoa Butterate, Glycerin, Sodium Beeswax, Charcoal Powder, flavor.

Mydełko jest do każdego rodzaju skóry, także dla cery trądzikowej, podrażnionej czy pogryzionej przez owady – więc idealny na komarową porę;) Ale najlepsze w tym wszystkim jest to że można tym mydełkiem myć całe ciało łącznie z włosami;) Za co znów biję ukłony, bo również włosy mi się bardzo często przetłuszczają, i po użyciu szamponu, używałam też tego mydełka i powiem szczerze włosy nie przetłuszczały się tak szybko, skóra włosów była delikatnie osuszona, nie miałam łupieżu i co najważniejsze jak napisałam wcześniej nie myłam włosów co 2 dni a co 3;) Jeden dzień dłużej – zawsze coś;) Aaa – mydełko jest bezzapachowe;)
Jestem bardzo zadowolona, i na pewno zamówię je raz jeszcze, tym razem większą kostkę;)
Teraz będę testowac mydełko kokosowe jak się skończy też napiszę kilka słówek;) A na razie powracam do czytnia książkim którą na dnaiach Wam opiszę;)

niedziela, 18 marca 2012

Natalia de Barbaro - Dojść do głosu. Radykalnie praktyczny przewodnik po kampanii wyborczej.

Jak już kiedyś napisałam, jestem studentką Politologii. Nie pytajcie mnie, czego wybrałam taki a nie inny kierunek – bo szczerze nie wiem. Nie był to wybór z zamiłowania, zainteresowania czy chęci dostania się do Sejmu. Raczej był to taki mój mały własny eksperyment, dzięki któremu chciałam się dowiedzieć co tak naprawdę kieruje politykami. Co doprowadza ich do takich a nie innych decyzji, kłamstw. Oczywiście, nie żałuję tego wyboru, no może czasami... Ale kto nie ma takich problemów gdy jest jakieś zaliczenie z trudnego przedmiotu;)
Jednak ogólnie mówiąc – ciekawe nawet są te studia. Ale zaznaczam, są też dziwne przedmioty których do dnia dzisiejszego nie potrafię zrozumieć, po jakie licho jest ono Politologowi potrzebne.
No bo sorry, przedmiot pt. „Wybrane zagadnienia z archeologii funeralnej – czyli jak grzebano zmarłych w pradziejach” jest mi tak do życia potrzebne jak basiście flet. Ale cóż, są różne przypały, jak to na studiach;)

Jednak w trakcie ich trwania, w ręce wpadło mi wiele ciekawych tytułów, które prócz tego że są naprawdę ciekawe i nie powodują usypiania, mając na celu edukowanie.

Jednym z tych tytułów jest książka Natalii de Barbaro pt „ Dojść do głosu. Radykalnie praktyczny przewodnik po kampanii wyborczej”.
Książka wpadła mi w ręce podczas zagłębiania wiedzy na temat przedmiotu jaki miałam a mianowicie - marketingu politycznego.
Książkę tę zaproponował mi jeden z moich ulubionych wykładowców – a tak btw gdyby nie to że jest żonaty, jestem pewna że 90% studentek stało by w kolejce do poderwania go;)
Zachęcona jego pochlebnymi opiniami – a dobrze wiemy że każdy z wykładowców zachwala wiele książek, a potem okazuje się że to dobry usypiacz. Książkę zapisałam, i postanowiłam że jeśli tylko znadję to ją zakupię. Długo czekać nie musiałam bo bodajże 2 tygodnie po tym, trafiłam na wyprzedaże w Matrasie i zakupiłam ją za 9 zł.Od razu wylądowała w moim koszyku, i jak tylko wróciłam do domu zasiadłam do czytania.

Książka, jest tak wciągająca, ciekawa i napisana przyziemnym językiem, że gdyby nie to iż wiedziałam że jest to pozycja naukowa w życiu bym na to nie wpadła.
Ostatnio raz delektowałam się tak książką będąc bodajże w 3 klasie podstawówki i czytając „Dzieci z Bulerbyn”.

Natalia de Barbaro
Może zacznę od tego że autorka – Natalia de Barbaro- to specjalistka do spraw marketingu politycznego z wieloletnim doświadczeniem, z wykształcenia jest psychologiem i socjologiem. Wykładowczyni na Uniwersytecie Jagiellońskim, a w 2006 roku była głównym strategiem kampani wyborczej Donalda Tuska.

Dla czytelników którzy są mniej zorientowani na temat marketingu politycznego w kampaniach wyborczych, autorka zapoznaje z mechanizmami podejmowania decyzji przez wyborców oraz z warsztatem doradcy pracującego w sztabie wyborczym. Przy tym nie wdaje się w długie i nudne rozważania teoretyczne ale od razu przechodzi do zastosowań praktycznych. Przedstawia nam działania prowadzenia udanej kampanii wyborczej, jak poprawnie konstruować przekazy kampanii, jak kształtować działania sztabu z mediami – to są jedne z wielu przykaładów ukazanych w książce.
Dla autorów zaznajomionych z dziedziną marketingu politycznego książka ta jest cenna, gdyż przedstawian nam w mnóstwo przykładów z kampanii wyborczej zarówno w Polsce jak i za granicą. Przedstawia nam autentyczne przykłady, mające miejsce które doprowadziły do zdobycia lub utraty popracia. Autorka w książce ukazuje dylematy etyczne z którymi zmagają się pracownicy sztabów wyborczych. Odpowiada na pytania „ czy powinieniem pracować dla kandydata z którego poglądami się nie zgadzam?” , „ czy prowadzić kamapnię niegatywną?”. Na te czy inne pytanie prędzej czy później , taki pracownik sztabu wyborczego będzie musiał odpowiedzieć na te i inne pytania.Nikt tych pytań nie uniknie.
Najciekawsze w tej książce jest to że autorka nie pisze tylko w rodzaju męskim, jak to zazwyczaj jest w takich książkach, a zwraca się zarówno do mężczyzn jak i kobiet poprzez zwoty „ Ty Czytelinku” „Ty Czytleniczko”. Ten ukłon w stronę kobiet ma zresztą swój cel – autorka uważa, że kobiety powinny odgrywać w polityce bardziej aktywną rolę niż obecnie - czemu daje też wyraz we wstępie do książki i właśnie w tytułowaniu czytających.

Książkę oceniam bardzo pozytywnie, bo mało która naukowa książka potrafi tak wciągnąć.
Jest lekturą, którą warto też rekomendować politykom i menedżerom, ponieważ może im uzmysłowić: po pierwsze, to, że PR jest bardzo skomplikowaną i trudną dyscypliną, po drugie, jak wielu narzędzi nie wykorzystują w swojej działalności.


Tak sobie myślę, że może zrobiłabym jakiś konkursik? Chyba fajna rzecz, nie? Ale dopiero jak będzie 50 obserwatorów;) Bo na razie to chyba nie ma sensu;) O i tak zrobię – jak uzbiera się 50 obserwatorów ogłoszę pierwszy konkurs;) Może książkowy, może biżuteryjny – zobaczę jeszcze;)

niedziela, 11 marca 2012

Kac Wawa? Chyba kac morlany!

I po weekendzie. Prawdę mówiąc dużo miałam zrobić a tak naprawdę gówno zrobiłam.
Do tego się przeziębiłam i zapewne jutro będę umierać. Już teraz łamie mnie w kościach – seriously?! Mówię jak taka starsza babcia;) Ale taka prawda:D Łamie mnie w kościach, z nosa mi cieknie jak z odkręconego kranu, gradło mnie boli a już nie wspomne o przełykaniu śliny;( To na razie początek, bo jutro będzie zapewne gorzej. Malczik jak mnie dziś zobaczył, to zapytał czy „ćpałam coś w nocy” bo mój wzrok i oczy pozostawiają wiele do życzenia.
Miałam się uczyć na jutrzejsze zaliczenie – ale jak wiemy – student zawsze znajdzie zawsze coś o wiele ciekawszego niż nauka. W takiej chwili nawet przemalowanie ścian, czy wypucowanie każdej płytki w łazience z osoba wydają się bardziej ważną sprawą niż nauka. Tak też było i w moim przypadku. Dom lśni, nie mam do czego się już przyczepić, dlatego ale niestety muszę w końcu zasiąść do nauki.

Ale zanim to zrobię napiszę kilka słów o moim wczorajszym wypadzie z Malczikiem do Multikina na reklamowaną polską produkcję pod sławetnym tytułem „Kac Wawa”.
Na samym wstępie napiszę że nie- nie byliśmy aż tak bogaci by wydać te niecałe 30 zł na bilety, wybraliśmy się tam bo Malczik dostał darmowe bilety. I w sumie bardzo dobrze, bo wolałam te pieniądze wydać na przekąski niż na wejściówki.

Jak dobrze wiemy, a wiemy o tym bo trąbili o tym gdzie się dało polska produkcja to nawiązanie do popularnego amerykańskiego filmu komediowego pt „Kac Vegas” ale oprócz wspólnego słowa „kac” nic innego te filmy nie łączy. Na miejscu Todda Philipsa [ reżysera „Kac Vegas”] podałabym do sądu naszego polskiego reżysera za podpinanie tak słabego gniota pod dobry amerykański film, i jechaniu na jego opinii.
Jeżeli spodziewaliście się po tym filmie czegoś dobrego, śmiesznego, to pozbawię Was złudzeń, nie oczekujcie tego. Po obejrzeniu tego filmu jedyne co możemy odczuć to zażenowanie i złość, że tak ten gniot był dobrze reklamowany. Bo reklamy nawoływały – najlepsza polska komedia! Kac Vegas się chowa! To ja napiszę tak: „Kac Wawa – to prawdziwy kac moralny dla każdego widza który podjął się obejrzenia tego szajsu”.

I tutaj nawet moja toeria- że w polskich filamch ilość wypowiedzianych przekleństw podnosi mu ocenię- się nie sprawdza. Ilość wulgaryznmów, i żenujących sytuacji powoduje że jedyne co odczuwamy to litość z powodu głupoty scenarzysty. Czy oni naprawdę myślą że pokazując na ekranie trochę cycka, dupy czy sceny seksu - będziemy zadowoleni? A ta ich śpiewka „ Wszystkie zdarzenia opisane w filmie miały miejsce naprawdę i zostały opisane przez autorów na dużo wcześniej, zanim powstała amerykańska wersja "Kac Vegas". Seriously?! Realy? Seriously?!
Tylko dziwnym trafem, nieświadomi niczego amreykańce, stworzyli o dziwo 4 lata wcześniej taki sam scenariusz, który dziwnym trafem w USA okazał się hitem, a jest fikcją, a u nas prawda okazała się klapą?Zlitujcie się! Myśleliście że w tą gadkę ktoś uwierzy?
Jeśli mam opisać fabułę – to przypomnijmy sobie Kac Vegas – historia podoba, tyle że w amerykańskiej wersji jest ona śmieszna, w polskiej jest żenująca.
Długo się nie będę rozwodzić nad tym filmem – bo prawdę mówiąc nie ma nad czym, szkoda słów. Dosłownie.

I z ręką na sercu gdbyby nie to że były to darmowe wejściówki oraz 6 browarów które wcześniej z Malczikiem kupiliśmy by mieć do domu na wieczór, a tak naprawdę wypiliśmy w trakcie, to nie dotrwalibyśmy do końca. Szczerze mówiąc obserwując latającą muchę bardziej się uśmiejemy niż na tym filmie.
Końcowa ocena? Dno? Szmira? Szajs? Gówno? Nieporozumienie? Chujnia z grzybnią?- sami zdecydujcie, a pewnie macie inne lepsze określenia na ten „film”.
Kac po filmie jest - ale moralny, i jeśli tak jak ja przemycić alkohol to możesz mieć i po nim kaca.

sobota, 10 marca 2012

Guseppe pizza italiana :D




Od kilku dobrych dni, cały czas chodzi za mną piosenka z reklamy pizzy „ Guseppe” - no, gdzie nie pójdę to w głowie mi ona gra. Piosenka piosenką, ale od razu zachciało mi się pizzy;)
Jako że nie jestem miłośniczką fast-foodów, jeśli sama mogę to zrobić więc postanowiłam sama zrobić pizzę. Z tego właśnie powodu, wygrzebałam swój obfity notesik z przepisami, rodzinnymi, wyczytanymi czy od znajomych – w każdym razie jest oblbrzymi;)
Wiedziałam że kiedyś, pewien przystojny Włoch z wymiany, dawał mi przepis na pyszne ciasto do pizzy, więc zaczęłam go szukać w mej księdze. I znalazłam.
Muszę przyznać że ciasto robi się bardzo łatwo, jest przepyszne, chrupiące z wierzchu, puszyste w środku – jak świeża bułeczka czy chlebek prosto z pieca;) I oczywiście przepis nie jest skomplikowany i nawet największy osobnik posiadający dwie lewe ręce może go zrobić, bez ryzyka że się nie uda;) Wypróbowałam na własnej siostrze, która taką umiejętność - umiejętność przypalania wszystkiego poczyniając od wody na kawę – posiada.  Jednym słowem z dala od kuchni by była w całości;) Jednak po daniu jej tego przepisu, bo strasznie jej ciasto smakowało, wypróbowała i udało jej się;) Od razu wykonała do mnie telefon że po raz pierwszy coś jej wyszło, bez szkód w kuchni;)

Co nam będzie potrzebne?

  • 1,5 szklanki mąki
  • 3 dkg drożdży ( zawsze daję ciut więcej bo nigdy nie potrafię równo przeciąć, nie używam drożdży w proszku i Wam też tego nie polecam – bo smak nie będzie już taki fajny i środek nie będzie puszysty)
  • 3 łyżeczki oleju
  • pół łyżeczki soli
  • pół łyżeczki cukru
  • pół szklanki przegotowanej lekko ciepłej wody
  • jeśli ktoś chce mieć spód smakowity może dodać w zależności od upodoań oregano, bazylię, czosnek, paprykę ostrą – oczywiście wszystko w proszku – osobiście nie dodaję nic, wolę zwykłe proste ciasto bo jest przepyszne i wolę sobie dodatki na ciasto nałożyć niż ulepszać smak ciasta.

Oczywiście, na wstępie przypominam że jest to ciasto na drożdżach więc wszystkie składniki powinny być w temperaturze pokojowej;)
Więc jak to zrobić?
Do miski, garnka czy co tam macie;) wązne żeby było głębokie;) wsypujemy mąkę,kruszymy drożdże, wlewamy olej, wsypujemy sól i cukier. I włączamy mikser;) Tak tak.
Ciasto wyrabiamy mikserem dolewając wodę w miare uznania, aż wszystko się połączy w jednolitą masę. Następnie ciasto wyjmujemy z miski i zagniatamy podsypując mąką aż będzie mieciutkie i gładkie. Zostawiamy w misce pod ściereczką aż wyrośnie w jakimś ciepłym miejscu.
Oczywiście piekarnik nastawiamy na 225 stopni.
Gdy wyrośnie jeszcze kilkakrotnie zagniatamy, ciasto łatwiej zwiększy swą objętośc i będzie pulchniejsze. Na posypanym mąką blacie, stolnicy - rozwałkowujemy ciasto nadając mu kształt blaszki na której będzie pieczona pizza. Może być kółko, prostokąt, trójkąt co chcecie;)

W międzyczasie, przygotowujemy salsę którą przykryjemy ciasto zanim jeszcze nałożymy dodatki wedle uznania;)
Co nam potrzeba do salsy?
  • koncentrat pomidorowy
  • zioła – im więcej tym lepiej – posiekane jeśli świeże, najlepiej bazylia, bazylia cytrynowa, oregano
  • wyciśnięte lub posiekane 3 ząbki czosnku – lubisz czosnek dodaj więcej
  • odrobinę soli.
Wszystko to mieszamy w kubku, i kiedy ciasto jest już rozwałkowane i dopasowane do balszki smarujemy ciasto tą oto salsą;) Na nią kładziemy składniki według uznania, osobiście dodję podsmażone pieczarki z boczkiem, kukurydzę, paprykę czeroną, kurczaka ( oczywiście wcześniej przygotowanego, usmażonego czy ugotowanego) choć pyszna jest też z salami, oliwki czarne. Wszystko posypuję przyprawą do pizzy, i zakrywam startym serem.
Tak przygotowaną pizze pieczemy od 20-25 minut w piekarniku który wcześniej rozgrzaliśmy do 225 stopni;)

Oczywiście możecie podwoić ilość składników jeśli chcecie zrobić większą pizze, ja z tych składników robię pizze na 3 osoby ale my głównie jesteśmy niejadkami;)

Ogólnie kupiłam sobie maszynę do szycie, bo moja stara została w moim rodzinnym domu i prawde mówiąc nawet jakbym ją przywlokła do siebie do domu teraz to po pierwsze primo – nie miałabym gdzie jej postawić, a po drugie primo jest to zabytkowy Singer – więc boję się że przez drogę na naszych polskich asfltach coś jej się stanie;( Dlatego też zasiadłam na allegro i zakupiłam – ba, zalicytowałam maszynę do szycia. Wygrałam ją za 25 zł, nowa, ale zobaczymy czy to jakiś szajs czy się nada dopóki nie obmyślę jak swojego dobrego przyjaciela Singera przywlec do domu;)
W każdym razie, chodzi o to - że kiedyś byłam mistrzynią w szyciu róznych rzeczy;) Nie kupowałam w sklepach, bo po prostu sobie to szyłam, kochałam to, zawsze miałam masę niespotykanych rzeczy;) Dużo osób składało też zamówienia na moje rzeczy. Potem zaprzestałam, brak czasu i opiekna na małą Malcziczką nie pozwalały mi na realizowanie mych talentów;)
Jednak, teraz mam czas, i bardzo dużo pomysłów;) Na pierwszy ogień, jak maszyna tylko przyjdzie idzie rozkloszowana sukienka w stylu Zary;) Materiał już mam, wykroje też, brak mi tylko sprzętu;)
Jak ją skończę to się pochwalę;)

piątek, 9 marca 2012

LET THE WORLD KNOW! KONY 2012!




Nie wiem czy słyszeliście o tej akcji już czy nie. W każdym razie napiszę o niej - Ci co nie wiedzieli niech się dowiedzą bo im nas więcej tym lepiej!
Ostatnio dużo mówi się o akcji KONY 2012 - zapewne wiele z Was zapyta się " o co chodzi?"
Już mówię - o akcji usłyszałam niedawno od koleżanki ze Stanów przesłała mi filmik, bez tłumaczenia - napisała tylko " wszystko zrozumiesz po obejrzeniu".
I tak też było. W trakcie tego filmu płakałam i nie raz ściskało mi gardło. Obiecałam sobie że ropzowszechnię to gdzie się da. I tak też zaczęłam robić - poczynając od uczelni, swoich znajomych, i na różnych portalach.
Owszem filmik jest długi - ale zapewniam Was ze jest warty poświęcenia tych niecałych 30 minut na zapoznanie się z nim!
Nie dajmy o tym zapomnieć i pomózmy doprowadzić tę sprawę do końca!
Niech świat się dowie bo im nas więcej tym lepiej!


Kim jest Joseph Kony? - to zbrodniarz wojenny nr 1 na liście Międzynarodowego Trybunału Karnego.


Joseph Kony - porywa dzieci, w przypadku chłopców wręcza im broń i nakazuje zabić własnych rodziców, a z dziewczyn robi seksualne niewolnice - jednym słowem prostytutki. Młode dziewczyny są gwałcone! Okalecza też twarze ludzi - tworzy swoją armię na bezbronnych dzieciach!





                            NIE BĄDŹMY OBOJĘTNI! NIECH ŚWIAT SIĘ O NIM DOWIE!



Oczywiście, jak zwykle w takich przypadkach – znaleźli się i przeciwnicy promowania tego wydarzenia. Ponoć film na na celu – dawaniu datków tej fundacji by się wzbogacić.
Osobiście tak nie uważam – moim zdaniem film ma ma celu pokazaniu nam - całej reszcie światu – kim jest Kony i z czym przyszło się zmierzyć młodym niewinnym Undaganczykom. Ma na celu, rozpowszechnieniu na świecie problemu ludobójstwa i terroru wojennego.
Nikt nie każe od razu wspierać Ci tej Fundacji – wystarczy że obejrzysz filmik i podasz go dalej.
Nie narzekaj że Tobie źle - oni mają gorzej...
Jeśli jest ogólnoświatowa akcja, to pojawiają się głosy wyłudzenia – dlaczego?
Przecież u nas JAWNIE fundacje na wizji proszą o wsparcie, głosy z telewizji smutnych dzieci, Chorych dzieci mówią nam „ WEsprzyj nas oddaj 1% podatku” „Wyślij sms” - to nie jest wyłudzenie? Też jest! Ale mali Afrykańczycy nie mówią nam - „ oddaj 1% podaktu” „ wyślij mi pieniądze” - chcą pomocy – chcą wyrwać się z tego terroru!
Więc proszę Was! Apeluję do Was – nie porównujcie próśb chorych dzieci z Fundacji – do próśb tych niewinnych dzieci które są zastrażane – przeżywają piekło na ziemi. One chcą się tylko z tego piekła na ziemi wyrwać.
Autor filmu – chce by Kony został schwytany i poddany wyrokowi za wszystkie złe czyny co zrobił. Pomóżmy mu tego dokonać – nie apeluję o wpłacanie pieniędzy, a o rozpowszechnienie tej akcji! Niech każdy się dowie że taki potwór jak Kony istnieje i żyje.
Oczywiście, moim zdaniem to Kony nie da się złapać i postawić przed wymiar sprawiedliwości – prędzej zostanie zabity – ale prawdę mówiąc, wcale mi żal nie będzie. Nie sądzę że ktoś po nim zapłacze a i światu bez tego potwora będzie lepiej. 

poniedziałek, 5 marca 2012

Dlaczego mężczyźni kochają zołzy? właśnie... dlaczego?


„Być kobietą, być kobietą (…) a najczęściej o tym marzę kiedy piorę Ci koszulę, albo naleśniki smażę..."

Ogólnie nie lubię czytać poradników, bo wiadomo łatwo jest coś napisać, gorzej dla nas – zwykłych osób to zerazlizować. Jednak po ten poradnik sięgnęłam z zaciekawieniem i być może tak dobra reklamą, bo gdzie się nie odwróciłam każdy mówił tylko o tej książce. Szłam na uczelnię – o tym mówią, jestem w pracy - o tym mówią, włączałam TV śniadaniowe – tam polecają, bałam się otwierać lodówkę – a nuż, ta książka, ba poradnik by z niej wypadł. Ogólnie mijałam ją szerokim łukiem, ale po tym jak zaczęła mi się śnić po nocy – seriously?!, to postanowiłam ją przeczytać. Jak widać reklama była dobra bo o tej książę słyszał każdy, a mi się nawet śniła. Więc wybrałam się do księgarni, po sławną już nawet w mych snach książkę, oczywiście Malczik i małe Malcziczątko zabrałam ze sobą – niech się przewietrzą trochę a co;) - raz na jakiś czas „odchamić” się trzeba, wśród ludzi trzeba pobyć:D Poszliśmy do tej księgarni , oczywiście swe kroki skierowałam ku półce z bestsellerami oczywiście. Zakupiłam tę sławetną księgę i pomaszerowałam do kasy- Malczik na widok owej „encyklopedii” załamał ręcę i już sam jego wzrok mówił mi „ znów przeczyta jakieś gówna i będzie na mnie testować, albo wypominać co to ja źle nie robię”, oczywiście wzrok ten zignorowałam. Mając już ową książkę w torbie, czekałam tylko na chwilę kiedy wrócimy do domu i będe mogła zasiąć w swoim ulubionym fotelu z kuflem pół litrowej Coca-coli – tak, jestem inna niż wszyscy – nie zasiadam z kubkiem czekolady , z prostej przyczyny po mleku mam biegunkę:D Choć czasami piję takie wynalazki:D i zacząć czytać ten „wspaniały” poradnik.
I nadszedł ten czas – zasiadłam i zaczęłam swoją przygodę z poradnikiem „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?” autorstwa Pani Sherry Agrov.

Już po kilku pierwszych kartkach byłam mile zaskoczona, autorka tytułową zołzą nie nazywa kobietę z która ciężko wytrzymać , jest jednym słowem wrzodem na tyłku. Tytułem „zołzy” autorka mianowała silną, walczącą o swoją pozycję kobietę, która twardo stąpa po ziemi i wie ile jest warta.
Przede wszystkim autorka zwraca uwagę na to, aby usunąć "miłą kobietę" a zastąpić ją "zołzą". Wiele rad jest bardzo trafnych, nie starczyło mi by dłoni, aby zliczyć kobiety które wielokrotnie popełniają te same błędy płaszcząc się i tracąc siebie. Brak tutaj jednak widocznego złotego środka, bo warto pamiętać, żeby nie zatracić się w zmianie i nie zabijać miłej kobiety w sobie na zawsze, pozwolić jakiejś cząstce pozostać w nas. Przecież płeć przeciwna nie chce brać ciągle udziału w tej grze ani być z kimś zachowującymi się tak na okrągło. Warto zauważyć swoje błędy, zmienić nieco nastawienie, ale nie wywracać całe swojego życia do góry nogami, bo skoro ma ktoś cię pokochać to taką jaką jesteś, czyż nie mam racji?

Każda kobieta powinna zapoznać się ze 100 zasadami atrakcyjności i cenić się, bo gdy same będziemy się szanować, wówczas i mężczyźni obdarzą nas większym szacunkiem. Podstawowa zasada według mnie to lubić i akceptować samą siebie.

Książkę przeczytałam w jeden wieczór, ale na tym zakończy się moja przygodna z poradnikami, w każdym razie na pewnien czas. Owszem poradnik był ciekawy, ale po kilku stronach autorka powtarza to co już zostało napisane. Powiem że gdyby nie tak udana reklama – nie przeczytałabym jej. Ale stało się jak się stało, książka została przeczytana i oceniam ją dobrze;) ale nie mylić z bardzo dobrze;) Ot, fajnie humorystycznie opisane zostało to, co już my Kobiety wiemy;)

niedziela, 4 marca 2012

Weekendowy maraton filmowy

I po weekendzie;) Muszę przyznać że zrobiło się fajne ciepełko – więc zaczęłam wyciągać z szafy trochę lżejsze ubrania;) Tak więc wiosenne płaszczyki i trencze zawitały w moej szafie, a grube kurtki już pochowałam – ale żeby nie było w razie czarnej godziny zostawiłam jedną w szafie;)

Oczywiście, w weekend, zrobiłam sobie mimi maraton filmowy, tak w ramach rozluźnienia od nauki i rundkach po sklepach z moim Malczikiem;) Pierwszym filmem jaki poszedł w ruch, był „ Mój tydzień z Marilyn”. Oczywiście małą Malcziczkę położyliśmy spać a sami zasiedliśmy w salonie przed TV;)
Początkowo obawiałam się jak odbiorę ten film, bo w Polsce zachwycano się nim, a głównie aktorką grającą główną rolę – Michelle Williams. A wiadomo, że nawet najlepszy aktor całego filmu nie udźwignie, choć nie wiem jak dobrym aktorem by był. Tak więc pełna obaw zasiadłam do oglądania. Po całym seansie byłam mile zaskoczona."Mój tydzień z Marilyn" okazał się bowiem inteligentnym, unikającym uproszczeń i uogólnień portretem artystki, dla której świat filmu jest zarazem życiodajną siłą, jak i najgorszą toksyną. Zachwyciła mnie delikatność w niuansowaniu postaci bohaterki, a jednocześnie pewność reżysera podążającego dobrze wyznaczonym w scenariuszu szlakiem.
Marilyn w tym filmie nie sposób scharakteryzować w jednym zdaniu. Czasami ukazana jest jako krucha laleczka z porcelany, i wystarczy dmuchnąć, a ona rozpadnie się na drobne kawałki. Innym razem jest wampem, naginającym rzeczywistość do swoich potrzeb jednym ruchem bioder. Ma pełnię władzy nad masami, a jednak właśnie wtedy wydaje się najbardziej bezradna, chroniona przed światem jedynie cienką warstwą maski seksbomby. Reżyser bezbłędnie ukazał paradoks artystki, dla której źródłem talentu jest jej tożsamość. Marilyn nie potrafi już żyć bez obecności kamery. A przecież to właśnie w ich blasku umiera, ponieważ sława odgradza ją od ludzi.
Cała historia opowiedziana jest z perspektywy 23 letniego Colin'a Clark'a w tej roli Eddie Redmanye, którego głównym marzeniem, bez względu na okoliczności jest praca przy produkcji filmów. Godzi się on więc na wszelkie niedogodności i fakt, że jest nieco przez szefostwo pomiatany. Otrzymuje jednak nagrodę od losu w postaci pracy prz filmie ,,Książe i aktoreczka", w którym głowną rolę zagra sama Marilyn Monroe.
Nie jest to film biograficzny, pojawiają się w nim jedynie krótkie fragmenty nawiązujące do przeszłości Marilyn.. Początkowo sceptycznie podchodziłam do obsadzenia w tej roli Michelle Williams, kojarzyłam ją głównie z „Jeziora marzeń” - jednak ta rola, rola Marilyn jest przełomową rolą w jej karierze. Dzięki niej otworzyła sobie, ponownie drzwi do większej kariery.

Kolejnym filmem jaki obejrzeliśmy wspólnie z Malczikiem i z naszą parą znajomych to polska produkcja „Big Love”. Jak zapewne już czytaliście, słyszeliście film budzi kontrowersje. Co człowiek to inna opinia na temat tego filmu. Cóż mogę powiedziec ja? Mi osobiście ten film się podobał. I tu byłam zaskoczona, bo mało która polska produkcja mi się pdoba. Od kilku dobrych lat wyznacznikiem „ dobrego polskiego” filmu jest częstotliwość i ilośc wypowiedzianych „ kurew, spierdalańców” i innych artystycznych wyrazów obrazujących zarówno zachwyt, złość jak i zdziwienie i potwierdzenie. Tak więc im więcej takowych słów pojawiało się w filmie tym bardziej polska publiczność się śmiała [ seriously?! Czy słowo kurwa jest aż tak śmieszne?] i tym bardziej film dostawał pochlebne opinie. Otóż, w przypadku filmu Pani Białowąs, nie ilość kurwe jest ważna, a zrozumienie tego, co ten film na nam do pokazania.
Tak więc, osoba która przewraca się ze śmiechu podczas oglądania Benny Hilla, film ten zaliczy do gniotów. Otóż nie! Moge powiedzieć, że film jest dla osób inteligentnych, które oglądając go zrozumieją przesłanie. Film opowiada nam o toksycznym zauroczeniu, ba nawet mogę rzecz że miłości. Pokazuje nam jak miłość potrafi nami zawładnąć przez co zatracami się w naszym miłosnym świecie, nie zważając na to co może nam się przytrafić.
A.Hamkało i A.Pawlicki
Otóż 16 letnia Emilka w tej roli Aleksandra Hamkało, poznaje starszego od siebie o 8 lat Maćka w tej roli Antoni Pawlicki. Dzięki tej znajomości dziewczyna poznaje nowy świat w który wprowadza ją Maciek. Świat namiętności, miłości, erotyzmu, czas młodzieńczego buntu. Młoda dziewczyna rozpoczyna karierę piosenkarki, wraz z rosnącą sławą para odsuwa się od siebie co nie podoba się Maćkowi szaleńczo zakochanego w Emilce. Dziewczyna zaczyna prowadzić rozwiązły styl życia. Jednakże łączące ich uczucie jest tak silne, że nie mogą zakończyć tego toksycznego związku co w konsekwencji może doprowadzić do tragicznego zakończenia. Muszę przyznać że mnie osobiście film się bardzo podobał, a końcówka wmurowała mnie w kanapę. Jeszcze długo po zakończeniu nie mogłam dojść do siebie. Co miłość może zrobić z ludźmi, w szczególności toksyczna miłość, z którą nie można skończyć.
W filmie widzimy że parę pomimo wzlotów i upadków, łączy silna więź, prawdziwa miłość z której sami nie potrafią się wyplątać choć ona ich krzywdzi.
Niestety, nie każdemu ten film może się spodobać – a szkoda, bo moge powiedzieć że jest to jeden z lepszych polskich filmów. Owszem są jakieś niedociągnięcia ale to może iść w niepamięć, bo film dobitnie przekazuje nam to co ma nam przekazać. A ma nam do przekazania ważny morał.

Kolejnym filmem jaki obejrzeliśmy był już znany każdemu musical „Mamma Mia!” . W sumie nie planowaliśmy oglądania go, ale akutar TVP1 nadawało to się załapaliśmy.
Filmu chyba opisywać nie muszę bo każdy zna;) Jedyne co moge powiedzieć, to to że w telewizji polskiej zbędne było tłumaczenie tak popularnych piosenek Abby na język polski i to jeszcze z błędami. Jak widze że „ you're so hot” przetłumaczone jest na „ lubię seks” seriously?! to coś się we mnie gotuje. Kto to tłumaczył? Dziecko z przedszkola?? Zresztą to jest musical więc po co w czasie trwania piosenki na dole wyświetlają się napisy? Kazdy te piosenki zna! Uwielbiam ten film z kilku powodów. Pierwszym z z nich jest to że film był kręcony na greckich wyspach. A ja jako osoba wychowana w Grecji i kochająca ten kraj za piękne krajobrazy jak to mói mój Malczik „ tyś stara greczynka”. Po prostu film od razu przypadł mi do gustu;) aż się rozmarzyłam i zamarzyłam by znów wejść do błękitnego morza i zaczęłam szukac biletów lotniczych na wakacje;) Rodziców od razu się odwiedzi;)
Drugim powodem jest muzyka;) Sountrack złożony tylko z największych hitów Abby. Pomimo żem młoda, i za gówniarza to się raczej Abby nie słuchało, to moi rodzice wychowali mnie właśnie na ich twórczości, na Queensach czy innch bogach muzyki;)
Trzeceim powodem jest Meryl Streep – jest to jedna z moich ulubionych aktorek, i nawet największe badziewie obejrzę jeśli ona tylko tam będzie grać;)

Tak więc weekend filmowy uznaję za udany;) Teraz czeka mnie zapracowany tydzień i nowy stosik książek;) Bo właśnie – w realu są wyprzedaże książek i większość jest za 6,99 zł;) Więc się trochę obkupiłam;)
Udanego wieczoru!

piątek, 2 marca 2012

Jeśli doczekam jutra - Schapelle Corby

Wielkimi krokami zbliża się weekend, co prawdę mówiąc jakoś mnie nie cieszy. Czeka mnie pisanie kolejnego rozdziału do mojej pracy, oraz nauka na zaliczenia które mam przedłłużone za względu na wypadek jaki mnie spotkał. Więc cały weekend będę siedzieć w książkach. Oczywiście że wieczorkiem znajdę trochę czasu by obejrzeć kilka filmów jakie zagościły u mnie w domu;) Najbardziej interesuje mnie propozcja pt „ I że Cię nie opuszczę”. Słyszałam różne opinie na temat tego filmu, ale wolę sama sobie zdanie wyrobić;) Może po weekendzie napisze posta dotyczącego recenzji filmowych? Who knows;)

Ale dziś chciałabym napisać kilka słów o książce pt „ Jeśli doczekam jutra” autorstwa Schapelle Corby i Kathryn Bonella. Książka mną strasznie wstrząsneła.
Słyszałam o tym zdarzeniu, dlatego też z ciekawością zakupiłam tę książkę bo chciałam dowiedzieć się więcej, chciałm dowiedzieć się również jak to się odbywało oczami oskarżonej, a nie tylko jak serwowały nam wiadomości.
Pewne jest to, że książka ta nie jest fikcją i to chyba w niej jest najgorsze. Czytelnik po jej przeczytaniu jeszcze długo nie może otrząsnąć się z tego co przeczytał, a jeśli tak jak ja znacie tą historię z mediów, to czyta się ją jeszcze trudniej bo wiemy że na końcu nie będzie szczęśliwego zakończenia.
Schapelle Corby - młoda australijka, leciała na kilka tygodni na wymarzone wakacje na Bali, by spotkać się ze swoją siostrą. Miały to być wakacje jej marzeń, stały się dla niej początkową drogą do piekła. Gdy po przylocie skontorlowano jej bagaż, okazało się że ktoś już po odprawie podrzucił do niego 4 kg marihuany, która w Indonezji jest zakazana. Została skazana na 20 lat w indonezyjskim więzieniu w bardzo spartańskich warunkach. To co się przytrafiło autorce książki jest tak absurdalne i straszne że aż ciężko uwierzyć że to jest prawda. Indonezja kraj w którym za przemyt narkotyków grozi kara śmierci a za zabicie drugiego człowieka najwięcej 10 lat. Kraj skrajnej biedoty,analfabetyzmu i zacofania. W którym prawo stanowią pieniądze,władza i kartele narkotykowe. Tymczasem ta młoda kobieta przeżyła i przeżywa piekło na Ziemi, siedząc w więzieniu za przemyt marihuany. Australijka niedowierza, gdy widzi rażące naruszenia w prowadzeniu śledztwa, gdy siedzi w zatłoczonym i głośnym sądzie, gdy mordercy mają więcej przywilejów niż ona, gdy w końcu staje oko w oko z terrorystą odpowiedzialnym za śmierć ok. 200 osób, mającym kilkakrotnie niższy wyrok od niej. 
Schapelle Corby w celi.
Czytając tę książkę byłam zszokowana jak łamane są prawa człowieka i jak młoda niewinna kobieta nie może doczekać się sprawiedliwego śledztwa w tejże sprawie. Pomimo desperackich prób sąd odmówił jej przebadania narkotyków w celu ustalenia kraju pochodzenia (jesli marihuana pochodziłaby z Indonezji, Schapelle musiałby zostać zwolniona), odmówił ściągnięcia odcisków palców z torby, w której były narkotyki i i wykonania badań DNA , odmówił obejrzenia materiału filmowego z lotniska , odmówił jej prawa do przesłuchania w sądzie kluczowych świadków (urząd celny) . Najgorsze jest to że została spalona cała ewidencja dowodowa, która mogła przyczynić się do uwolnienia Corby. Nawet na lotnisku Schapelle była nielegalnie przesłuchiwana przez 9h, podstępem próbowano jej dać do podpisu akt przyznania sie do winy. Również odmówiono zważenia jej bagażu bo gdyby okazało się, że był o 4kg cięższy niż przed wylotem mogłoby to oznaczać, że narkotyki nie są jej.


Od pierwszych stron książka wciąga, nas świat niewyobrażalnego koszmaru ,bólu ,łez i cierpień młodej kobiety, która zamiast na wymarzone wakacje trafiła w sam środek piekła na ziemi . Sytuacje tam opisane często jeżyły mi włosy na głowie. Były sytuacje gdy moje wnętrzności ostro podchodziły mi do gardła i zastanawiałam się, jak człowiek przy zdrowych zmysłach może wytrzymać w takim miejscu. Jak prawo może być tak kulawe i niesprawiedliwe a ludzie tak zakłamani i perfidni próbujący na krzywdzie innych osób zbić wielkie pieniądze. Media zrobiły z procesu wielkie show, nikt nie dążył do prawdy. Słowa nie są w stanie oddać całej tragedii książki. Cała gama emocji towarzyszyła mi przy tej lekturze łzy, rozpacz, złość, poczucie niesprawiedliwości,obrzydzenie,przygnębienie. Jedyną jasną stroną w całek tej tragedii jest rodzina skazanej niesprawiedliwie Corby, która bez względu na koszta walczy o nią, walczy z przeciwnościami losu jakie ją spotkały i dzięki temu dodaje jej w tych tragicznych chwilach choć odrobinę nadziei na lepsze jutro, nie pozwala jej się poddać i walczy o nią z każdym nowym dniem, co pozwala jej przezyć każdy nowy dzień w tym okrutnym piekle.

Książki nie ocenię, bo naprawdę tej tragedii nie da się ocenić. Bo co można tu oceniać? Jak można oceniać kompozycje tej książki, która napisana jest by społęczeństwo pozanło prawdę, by widziało jak zostały złamane prawa człowieka, w przypadku Schapelle. Książka pokazuje nam że z władzą i aspektami politycznymi nie wygramy, że jesteśmy tylko politycznym narzędziem w rękach prezydenta kraju, który popiera tę tragedię i tą ostrą niesprawiedliwią karę.  
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...